Kino plus konteksty
sobota, 29 października 2011
GANTZ - recenzja

Przeniesienie mangi na ekran to często nie lada wyzwanie. Zwłaszcza gdy w grę wchodzi tytuł, który sprzedał się w kilkunastomilionowym nakładzie i ma ogromne rzesze fanów, śledzących jego fabułę od ponad dekady. Duża grupa potencjalnych odbiorców to spora szansa na zysk, ale co zrobić, gdy ma się do czynienia z opowieścią brutalną, momentami darwinistyczną, która w dodatku wciąż nie doczekała się zakończenia, a pytania w niej postawione – właściwej odpowiedzi? Jak odzyskać miliony dolarów wydane na efekty specjalne i nie zabijając klimatu samej opowieści, przyciągnąć do kin szerszą publiczność? Na te pytania z pewnością musieli odpowiedzieć sobie producent Takahiro Sato i reżyser Shinsuke Sato, gdy przystępowali do prac nad adaptacją bestsellerowej mangi Hiroyi Oku GANTZ, która ukazuje się na łamach magazynu dla młodych mężczyzn Weekly Young Jump od 2000 roku.

Dla Takahiro Sato nie było to pierwsze podobne wyzwanie. W 2006 roku został współproducentem ekranizacji niezwykle popularnego komiksu Death Note, podobnie jak GANTZ rozbitego na dwa filmy i kręconego z myślą o publiczności wykraczającej poza krąg fanów tytułu. Niestety, tak jak w przypadku swojej poprzedniczki ekranizacja GANTZ pozostaje cieniem adaptowanego komiksu i dowodem na to, że kompromisy nie popłacają tam, gdzie kontrowersje stanowią o sukcesie.

GANTZ still

Cała recenzja na jFilm

Tagi: Japonia
13:24, almaaghra , recenzje
Link Komentarze (1) »
niedziela, 09 października 2011
Joint Security Area - recenzja

JSABy zrozumieć miejsce JSA w annałach koreańskiej kinematografii, należy cofnąć się do roku 2000, kiedy to produkcja miała swoją premierę. Rodzimy przemysł filmowy i rozrywkowy przeżywał właśnie niespotykaną popularność, która przelewała na całą wschodnią Azję, tworząc zjawisko znane jako Hallyu. Rok wcześniej szpiegowsko-romantyczny thriller Shiri, wykorzystujący tematykę konfrontacji Północ-Południe, zebrał więcej widzów niż hollywoodzkie superprodukcje, bijąc rekord Titanica. W tym samym czasie następuje przełom w życiu Parka Chan-wook, dla którego dotychczasowa kariera był raczej źródłem rozczarowań. Trzy filmy, które nakręcił od debiutu w 1992 roku, nie przyniosły mu popularności, ani finansowej stabilności, zmuszając do dorabiania w roli krytyka. W 1999 roku po zrealizowaniu krótkometrażowego Simpan, Park otrzymuje kluczową dla jego przyszłości propozycję reżyserii ekranizacji powieści DMZ Parka Sang-yeon. Gdy film wchodzi na ekrany, w ciągu pierwszego tygodnia przyciąga pół miliona widzów.

Kluczem popularności JSA jest chwytająca za serca opowieść o kruchych, acz przyjacielskich relacjachJSA łączących czwórkę żołnierzy strzegących posterunków w strefie demarkacyjnej pomiędzy Koreą Północną i Południową. Konstrukcja fabuły opiera się na retrospekcjach, które mają wyjaśnić, jak doszło do strzelaniny, w której życie straciło dwóch północnokoreańskich żołnierzy. Śledztwo prowadzi major Sophie Jean (Lee Young-ae) z Komisji Nadzorczej Państw Neutralnych, przed którą stoi nie lada wyzwanie. Nie tylko musi zachować bezstronność, to jeszcze napotyka na mur milczenia ze strony świadków. Jednym z nich jest sierżant Lee Soo-hyuk (Lee Byung-hun) z armii południowokoreańskiej, który według jednej wersji uniknął uprowadzenia przez komunistów i uciekł porywaczom lub, według drugiej wersji, napadł na ich posterunek. Lee wydaje się kluczem do rozwiązania zagadki, ale współpracy odmawia i drugi świadek, północnokoreański oficer Oh Kyung-pil (Song Kang-ho). By poznać przebieg zdarzeń, Jean musi zmusić któregoś z nich do mówienia. Prawda okazuje się zaskakująca.

JSAGłówny motyw JSA jest niezwykle wyrazisty i w kinie koreańskim stanowi zwierciadło, w którym odbija się rozdarcie narodu podzielonego na dwa przeciwstawne obozy. To rozdarcie nie pozwala w filmie traktować strony północnokoreańskiej jako złej, a raczej nakazuje szukać pola do porozumienia ku pokrzepieniu serc. Tak jest w Shiri, gdzie główną oś fabuły stanowi romans pomiędzy północnokoreańską agentką i nieświadomym jej prawdziwej tożsamości pracownikiem południowokoreańskiego kontrwywiadu. Tak było i w późniejszych latach, choćby w sielankowym Welcome to Dongmakgol, gdzie grupa potencjalnie wrogich sobie żołnierzy znalazła swoją idyllę w odciętej od świata wiosce (i którą potem zburzyli źli Amerykanie). I w Secret Reunion, gdzie były północnokoreański szpieg nawiązał braterskie relacje z wyrzuconym ze służby południowokoreańskim agentem i jeszcze dawał mu lekcje praw człowieka. I choć ostatnio w Phungsan Dog łajdactwo szerzy się (sprawiedliwie) po obu stronach, to z reguły kino koreańskie patrzy na rodaków z Północy z sympatią. Tak też jest i w JSA, gdzie nie ma strony dobrej czy złej, jest za to ludzka potrzeba kontaktu, nawet w tak nieprzyjaznym miejscu jak granica pomiędzy krajami, które formalnie nie podpisały traktatu pokojowego. Codzienność żołnierska wymusza ostrożność, ale i stwarza okazję do kontaktów przedstawicieli obu stron. Jedna z takich sytuacji owocuje niezwykłą przyjaźnią, która zaczyna łączyć żołnierzy stojących na co dzień po przeciwnej stronie barykady.

Obsada jest mocną stroną filmu, ale trudno, żeby było inaczej. Centralna postać opowieści, sierżant Lee toJSA awatar, dzięki któremu widz z mieszaniną strachu i ciekawości zagląda za żelazną kurtynę. Lee Byung-hun z sukcesem prezentuje cały wachlarz emocji, które towarzyszą żołnierzowi z Południa, od zadziwiającej beztroski po szok i narastające poczucie winy. Prawdziwą gwiazdą produkcji pozostaje jednak Song Kang-ho. Ten czołowy koreański aktor otrzymał niełatwe zadanie sportretowania oficera komunistycznej armii, który powinien budzić sympatię widzów, lecz jednocześnie pozostać wiarygodny jako lojalny sługa reżimu. Oficer Oh w wydaniu Songa to weteran, zaś kilkanaście lat spędzonych w armii wyrobiło w nim godny pozazdroszczenia instynkt samozachowawczy. To nie zdegenerowany politruk, choć autentycznie wierzy w Najukochańszego Przywódcę. Nie przeszkadza mu to jednak pić wódkę z Południowcami, słuchać kapitalistycznej muzyki i marzyć, że na Północy zaczną produkować najlepsze czekoladowe ciasteczka na świecie.

Także drugi plan wypada znakomicie, a to za sprawą Shina Ha-kyun w roli drugiego żołnierza z Północy oraz Lee Yeong-ae jako dociekliwej major Sophie Jean, dla których JSA stanowiło milowy krok w karierze i skłoniło Parka Chan-wook do ponownego sięgnięcia po obojga aktorów. Wpierw reżyser obsadził Shina w jednej z głównych ról w Panu Zemście, a kilka lat później powierzył Lee tytułową rolę w Pani Zemście. Listę kluczowych postaci zamyka Nam Sung-shik grany przez Kima Tae-woo, najsłabszy psychicznie z całej czwórki żołnierzy. Tradycyjnie blado wypadają biali aktorzy, kwiatek do kożucha w całej produkcji i niezmienna bolączka azjatyckich filmów. Na szczęście nie mają wiele do zagrania.

JSAWarto też wspomnieć o technicznej stronie JSA. Filmy Parka od tej pory słynąć będą z wysokich ocen za stronę wizualną produkcji, nawet jeśli w tym przypadku zadanie było utrudnione - większość scen rozgrywa się w nocy. Warto wspomnieć o udziale scenografa Jamesa Davida Goldmarka, który zdobywał doświadczenie w Azji i po owocnej współpracy m.in. z braćmi Pang nad The Eye oraz Kiyoshi Kurosawą nad Bright Future, trafił do ekipy Rodziny Soprano. Park miał też w swojej ekipie m.in. autora zdjęć do Shiri Kima Sung-bok oraz montażystę Kima Sang-beom, z którym będzie też pracował nad trylogią zemsty. Po raz pierwszy zastosowano w koreańskim filmie technologię Super 35 - fakt, z którego Park do dziś jest dumny. Niezapomniane zdjęcia, wśród nich fantastyczna sekwencja w kulminacyjnym momencie filmu, nadają produkcji wyjątkowy nastrój i dramaturgię.

Ostatecznie Joint Security Area broni się jako połączenie thrillera z żołnierskim dramatem. Umiejętnie balansując między teraźniejszością i retrospekcją, odsłania kolejne etapy historii w stylu podzielonej na odcinki powieści. Park znakomicie wykorzystał specyfikę miejsca i sytuacji, obrazując, jak zrytualizowane toczy się tam życie. By uniknąć prowokacji, obie strony wypracowały pewien model postępowania, który pozwala im funkcjonować na co dzień. Warto zwrócić uwagę na te sceny, w których dochodzi do kontaktu żołnierzy obu armii, jak podczas spotkania patroli w lesie. Nie mam pojęcia, jak bliskie prawdzie jest to spojrzenie, jednak bez wątpienia ubarwia całą opowieść. Ta może się wydać z pozoru naiwna, choć rodzi tragiczne w skutkach konsekwencje. Na szczęście ograniczają się one do jednostek, w końcu wojny nie wybuchają tak łatwo, jak poucza swego żołnierza południowokoreański oficer. I to chyba najbardziej optymistyczna konkluzja.

Tagi: Korea
20:23, almaaghra , recenzje
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 02 października 2011
Public Enemy - recenzja

Już od czasów Brudnego Harry’ego wiadomo, że dobry glina przepisów się nie trzyma. Jak pokazuje przykład Public Enemy Kanga Woo-seok, kanonicznej już produkcji dla wszystkich fanów koreańskiej kinematografii, uwielbienie dla rasowego detektywa, który ściga złoczyńców, nie bacząc na zasady, nie jest wcale zależne od szerokośPublic Enemyci geograficznej. Nakręcony w 2002 roku koreański Public Enemy nie tylko przyciągnął do kin prawie 3 miliony widzów, ale i zapisał się w pamięci jako jeden z najlepszych filmów w swoim gatunku.

Detektyw Kang Chul-joong (Sol Kyung-gu) to kompletne zaprzeczenie wzorowego policjanta. Jedyne, co mu wychodzi, to zastraszanie drobnych dilerów, lokalnych gangsterów i wszelkiej maści kryminalnej drobnicy. Po jedenastu latach służby zamiast piąć się po szczeblach kariery, osuwa się w dół hierarchii i wydaje się z tym godzić. Kang bowiem nie jest typem, któremu zależy na awansach, a jego osobowość i styl pracy wybitnie mu w tym przeszkadzają. Prostolinijny, bezpośredni, wręcz bezczelny, ma lekceważący stosunek do zasad i procedur, w dodatku jest porywczy i brutalny. Choć powierzchownie może kojarzyć się z detektywem Azumą z Violent Cop, w osobowości Kanga brakuje tego rysu okrucieństwa charakterystycznego dla postaci granej przez Kitano. Wręcz przeciwnie, scenarzyści starają się łagodzić jego wizerunek, snując opowieść o żonie zabitej przez włamywaczy i dwóch córkach pozostawionych pod opieką babci. Choć fabularnie ten wątek nie ma wielkiego znaczenia, Kang jako samotny, choć daleki od ideału ojciec wzbudza u widzów sympatię.

Na drugim biegunie znajduje się Cho Gyu-hwan, z pozoru szczęśliwa głowa trzyosobowej rodziny, wPublic Enemy rzeczywistości bezwzględny zabójca. W granej przez Lee Seong-jae postaci odnajdujemy rysy Patricka Batemana z American Psycho. Cho to klasyczny yuppie, zamożny, choć mający apetyt na więcej, egoistyczny, mający parcie na sukces, a jednocześnie patrzący z góry na innych. Pod maską wymuszonej uprzejmości kryje się jednak psychopatyczna osobowość, nie tak groteskowa jak u Batemana, ale nie mniej zdegenerowana. Jego gwałtowna natura nie znajduje ujścia jak u Kanga, który rozładowuje energię, tłukąc lokalnych bandytów. Cho dusi ją w sobie, znakomicie dbając o pozory. Czy to masturbując się pod prysznicem, czy dźgając bez opamiętania swoje ofiary, Cho pokazuje prawdziwe oblicze, gdy nikt nie patrzy. Gdy jego ojciec, by wspomóc sierociniec, wycofuje pieniądze przeznaczone na dochodową inwestycję, Cho morduje rodziców. Pech chce, że wracając z miejsca zbrodni, dosłownie wpada na Kanga i nieświadom jego profesji, tnie nożem twarz detektywa.

Trzydzieści szwów pod okiem wywołuje wściekłość u zaprawionego w bojach Kanga. Gdy zabójstwo wychodzi na jaw, policjant zaczyna kojarzyć fakty. Choć nie widział dokładnie oblicza okrytego płaszczem przeciwdeszczowym napastnika, Kang jest przekonany, że napadła go ta sama osoba. Detektyw wręcza przełożonemu nóż, którym morderca zranił go w twarz, i w nagrodę zostaje wyznaczony do przeprowadzenia śledztwa. Ścieżki Cho i Kanga zbiegają się ponownie, gdy mężczyzna, grając pogrążonego w bólu syna, zjawia się na posterunku, by zidentyfikować zwłoki. Kang szybko wyczuwa fałsz w jego zachowaniu i skupia swoją uwagę na Cho. Wkrótce jego zainteresowanie przeradza się w obsesję, która ściąga na niego kłopoty.

Patrząc na Public Enemy z perspektywy niemal dziesięciu lat od premiery filmu, nie trudno zauważyć, że reprezentuje on rodzPublic Enemyaj thrillera, który obecnie staje się rzadkością. Cieszące się w ostatnich latach dużą popularnością obrazy w stylu The Chaser czy I Saw The Devil nacechowane są pesymizmem w postrzeganiu ludzkiej natury, traktując temat niezwykle serio. W filmie Kanga Woo-seok brutalność zbrodni łączy się z humorystyczną obserwacją pracy policji, a poniekąd i całego społeczeństwa. Powagę, z jaką traktowane jest zło, równoważy satyryczne podejście do postaci drugiego planu i komiczna strona osobowości Kanga. Ogromna w tym zasługa Sola Kyung-gu, który przybrał do tej roli dwadzieścia kilogramów. Kanga, mimo wszystkich jego grzechów, nie sposób nie lubić. Jego niefrasobliwość i wywołujące uśmiech nawyki sprawiają, że nie jest to kolejna kalka klasycznego policyjnego brutala, ani tym bardziej ikona kultu macho. Ze swoją lekko przyciężkawą sylwetką, poobijaną twarzą i brakiem manier, Kang jest równie wiarygodny, gdy wybucha furią, co w sytuacjach komicznych. Z kolei Lee Seong-jae jako Cho reprezentuje zupełnie inny typ psychopaty niż te spotykane zazwyczaj w koreańskich thrillerach. To nie samotny wilk polujący na Bogu ducha winne kobiety, ani znudzony młodzieniec udowadniający swą wyższość i ponadprzeciętną inteligencję, doskonaląc się w sztuce zbrodni. Cho wyładowuje swoją frustrację, usuwając ludzi, którzy go irytują. Czy naprawdę potrzebny jest powód, by zabić człowieka? – pyta. Wydaje się, że jemu potrzebny jest tylko pretekst.

Scenariusz Public Enemy skupia się na postaciach Kanga i Cho, pojedynku pomiędzy rozjuszonym detektywem i pewnym siebie zabójcą. Skoro odpada pytanie Kto zabił?, zagadką pozostaje tylko Czy uda się zdobyć dowody? Trwający ponad dwie godziny film, w którym nie ma szaleńczych zwrotów akcji, wypełniaPublic Enemyją nieustanne, choć mało finezyjne wysiłki Kanga, by dopaść Cho. Detektyw przeżywa w swoim śledztwie wzloty i upadki, swoje chwile zwątpienia mają też jego zwierzchnik i koledzy. W tle błyszczą komiczne postacie drugoplanowe: lokalny „biznesmen” Pan Matma (Lee Moon-shik), robiący za eksperta od noży gangster (Yu Hae-jin) czy nie rozstający się z dyktafonem agent Wydziału Spraw Wewnętrznych (Lee Jeong-heon). Pomimo mało skomplikowanej intrygi, nie jest to jednak w żadnej mierze film nudny, w dodatku satysfakcjonująco domknięty, co nie zawsze cechuje thrillery o bardziej zawiłej fabule.

Public Enemy Kanga Woo-seok to sprawnie wyreżyserowany, zagrany z polotem thriller, oparty na prostym przepisie na hit. Weź dwie wyraziste osobowości, dopraw dużą dozą humoru i nie komplikuj genialnej prostoty, z jaką konfrontujesz gliniarza ze złoczyńcą. Tytułowany najbardziej wpływowym człowiekiem w koreańskiej kinematografii przez siedem kolejnych lat (1998-2004) Kang Woo-seok nakręcił produkcję, która była skazana na sukces, a dziś można ją śmiało polecać każdemu, kto rozpoczyna przygodę z koreańskim kinem.

Tagi: Korea
10:57, almaaghra , recenzje
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 sierpnia 2011
Agitator - recenzja

Takashiego Miike można kochać lub nienawidzić. Uważać go filmowego grafomana, uwielbiającego szokować pracoholika, bądź za błyskotliwego twórcę umiejętnie grającego na instynktach swojej widowni. Brutalne, łamiące tabu kino to znak rozpoznawczy Miike, który rozsławił go poza granicami kraju i przysporzył wielu fanów na całym świecie. Jednocześnie przykleił mu łatkę twórcy ekstremalnego, epatującego krwią i seksem, w dodatku mizogona. To prawda, iż Miike czuje się lepiej w stereotypowo męskich gatunkach, choć kręcił też filmy w lżejszych klimatach. Jednak przy całej tej groteskowej przemocy, jakiej pełno we współczesnym kinie, Miike odciska na yakuza eiga swoje indywidualne piętno, wybierając na bohaterów społecznych wyrzutków, pełnych namiętności, skłonności do autodestrukcji, ale i wyznających staromodne wartości, których niekiedy próżno szukać w normalnym świecie...

Agitator

Cała recenzja na jFilm.pl

czwartek, 02 lipca 2009
"Advent Children Complete" - recenzja

Advent Children Complete CoverAdvent Children Complete

Japonia 2009

Reżyseria: Tetsuya Nomura

Obsada: Takahiro Sakurai, Toshiyuki Morikawa, Showtaro Morikubo, Ayumi Ito, Toru Ohkawa

Dystrybucja: Imperial CinePix

Drogie Panie! Zapomnijcie o kwadratowych szczękach i umięśnionych karkach marines, łysych głowach bandziorów o tępym spojrzeniu, nieociosanych sylwetkach wojowników z pięściami jak buła. Odrzućcie na chwile te zachodnie „ideały”, które pozwalają niektórym chłopcom poczuć się bardziej męsko. Jedna z najseksowniejszych gier świata powraca w postaci pełnometrażowego filmu CGI, niewinnej dwugodzinnej opowiastki o odzyskiwaniu wiary w siebie, która, ani się spojrzycie, wywoła u was brudne myśli.

Advent Children Complete to część pierwszego w historii Square Enix multimedialnego, multiplatformowego eksperymentu marketingowego znanego pod nazwą Kompilacja Final Fantasy VII. Dla mniej zorientowanych: filmowa kontynuacja jednej z najsłynniejszych japońskich gier na świecie, wydanej dwanaście lat temu jako siódma odsłona serii Final Fantasy w czasach, gdy w komputerach królował system Windows 95, a świat grywał na pierwszej wersji PlayStation. To co wówczas wydawało się atrakcyjną grafiką, dziś raczej budzi nostalgię. Dlatego, gdy wraz z rozwojem techniki nowsze odsłony serii zaczęły wizualnie przyćmiewać „siódemkę”, część fanów zaczęła przebąkiwać o sequelu. Do jego stworzenia nigdy nie doszło. W zamian fani otrzymali kilka gier osadzonych w uniwersum FFVII, opowiadających o dziejach bohaterów gry przed i po zakończeniu głównej historii. Masowo opisywane we fanowskich opowiadaniach, doujinshi, dyskutowane na forach, nagle nabrały oficjalnej interpretacji.

ACC Still

Rzecz dzieje się dwa lata po zakończeniu gry, gdy ludzkość niemal rzutem na taśmę została uratowana przed zagładą. Bohater „ostatniej akcji”, depresyjny antyheros dzielnie zmagający się z kompleksem idola, Cloud Strife, prowadzi dwuosobową firmę kurierską w mieście powstałym na gruzach zniszczonego Midgar. Potężna megakorporacja, Shinra, opierająca swe wpływy na eksploatacji źródeł Mako, po kataklizmie ostała się jedynie jako przykre wspomnienie mieszkańców. Jej ostatnim symbolem jest uważany za zmarłego, uwięziony na wózku inwalidzkim dziedzic upadłego imperium, Rufus Shinra, i jego czwórka ochroniarzy z elitarnej jednostki Turks. Cudem uciekłszy kostusze spod ostrza, Rufus, podobnie jak Cloud, ma poważne problemy ze zdrowiem. Trawi go geostygma, plaga dziesiątkująca całą populację. W powszechnej opinii – zemsta planety za zatrucie środowiska. Ale dziedzic Shinra ma inną teorię. W okolicy panoszy się trójka braci o srebrzystych włosach, niepokojąco przypominających człowieka, który dwa lata temu niemal zrujnował planetę. Sephiroth, równie potężny, co szurnięty były generał ShinRa, wciąż, pomimo dwukrotnej śmierci, na osobistej krucjacie przeciwko ludzkości. Rufus obawia się powrotu Sephirotha i prosi Clouda o pomoc. Ten, tradycyjnie pogrążony w samoumartwianiu się, odmawia. Do czasu, gdy w niebezpieczeństwie znajdą się jego bliscy.

Advent Children jest najbardziej efektowną częścią kompilacji, dwugodzinną prezentacją możliwości grafików Square Enix, pełną akcji, pościgów, pojedynków zaprzeczających ziemskiej grawitacji. Jednocześnie pozostaje najsłabsza fabularnie. Po dramatycznej, spektakularnej końcówce gry, w której zginęło kilka kluczowych postaci, Tetsuya Nomura stanął przed dylematem: jak zadowolić wszystkich fanów? W Advent Children następuje więc festiwal powrotów. Niektórzy odnajdują się cudownie wskrzeszeni, inni przemawiają zza grobu, jeszcze inni powstają z martwych. Ta dbałość o zadowolenie klienta oznacza tłok na ekranie i obecność postaci nie zawsze istotnych dla przebiegu fabuły. Wątpię, by fanom to przeszkadzało, ale widzowie stykający się pierwszy raz z uniwersum FFVII mogą poczuć się lekko zagubieni wśród aluzji i odniesień, których nikt nie tłumaczy. Sama fabuła, gdy odrzeć ją z komputerowych fajerwerków, pozostaje całkiem banalna, wręcz rozczarowująca. Mam wrażenie, że gdyby scenariusz pisał spec od filmów, nie od gier, dużo mądrzej wykorzystałby dwie godziny, które oddano by mu do dyspozycji. Może uniknąłby tych pseudofilozoficznych rozważań, zwanych tu dialogami, płynących do naszych uszu w postaci aksamitnych głosów japońskich seiyu. Toshiyuki Morikawę z jego eleganckim, chłodnym barytonem chętnie zatrudniłabym jako spikera w moim osobistym radiu, mogę go słuchać godzinami. Wolałabym jednak, żeby on i pozostali mieli coś do powiedzenia, a nie tylko wypełniali ciszę pomiędzy utworami Nobue Uematsu, muzycznego weterana sagi. Ścieżka dźwiękowa pozostaje jednym z najbardziej udanych elementów filmu, zaś nowe aranżacje klasycznych tematów z gry przywołują miłe wspomnienia.

ACC Still

Advent Children jest przede wszystkim opowieścią o Cloudzie, jego nieudanych próbach pogodzenia się z przeszłością i uzyskania wybaczenia od przyjaciół, których nie zdołał uratować. Wersja reżyserska, Complete, rozszerza dodatkowo wątek Denzela, chłopca chorego na geostygmę. Pierwotnie film potraktował go dość marginalnie, teraz Denzel został pełnoprawnym bohaterem, a lwia część nowych scen przypada właśnie jemu. Zadowoleni będą też fani Turks, Reno i Rude, którzy kradną cały show, równoważąc dość melancholijny nastrój przednią dawką humoru. Widzów czeka też kilka innych nowości. Na twarzach postaci w trakcie walki pojawia się brud i otarcia, a nawet krew, element dotychczas nieobecny.

Jednej rzeczy z pewnością Advent Children nie brakuje. Masy seksownych cyfrowych facetów o delikatnych rysach twarzy, nieskazitelnej cerze i rzęsach długich jak z reklamy Maybelline. Final Fantasy słynie z androgenicznych postaci, przewijających się przez ekran w różnych wariacjach. Może się to wydawać japońską fanaberią, lecz wystarczy przypomnieć sobie, jak głęboko w naszej kulturze tkwią postacie pięknych, skrzydlatych młodzieńców. Sam Sephiroth to zjaponizowana, popkulturowa wersja Lucyfera, który podobnie jak jego odpowiednik buntuje się przeciwko swemu Stwórcy (korporacja Shinra, kanji 神 [shin] oznacza ‘istotę boską’). Nadmiar cyfrowego piękna filmowi nie szkodzi, wręcz przeciwnie, pomaga odwrócić uwagę od innych niedoskonałości. Przez to oglądanie Advent Children jest mimo wszystko przyjemnym zajęciem, choć ździebko pustym.

ACC Still

Pozostaje pytanie, czy lifting przyniósł oczekiwany skutek. Owszem, produkcja wygląda jeszcze lepiej, a nowe sceny zapełniają kilka istotnych luk w fabule. Jednakże, mimo wprowadzonych zmian, Advent Children pozostaje wyłącznie prezentem od twórców dla fanów, miłym dla oka i serca, ale dość kosztownym.

Drogie Panie! Zapomnijcie o kwadratowych szczękach i umięśnionych karkach marines, łysych głowach bandziorów o tępym spojrzeniu, nieociosanych sylwetkach wojowników z pięściami jak buła. Odrzućcie na chwile te zachodnie „ideały”, które pozwalają niektórym chłopcom poczuć się bardziej męsko. Jedna z najseksowniejszych gier świata powraca w postaci pełnometrażowego filmu CGI, niewinnej dwugodzinnej opowiastki o odzyskiwaniu wiary w siebie, która, ani się spojrzycie, wywoła u was brudne myśli.
Advent Children Complete to część pierwszego w historii Square Enix multimedialnego, multiplatformowego eksperymentu marketingowego znanego pod nazwą Kompilacja Final Fantasy VII. Dla mniej zorientowanych: filmowa kontynuacja jednej z najsłynniejszych japońskich gier na świecie, wydanej dwanaście lat temu jako siódma odsłona serii Final Fantasy w czasach, gdy w komputerach królował system Windows 95, a świat grywał na pierwszej wersji PlayStation. To co wówczas wydawało się atrakcyjną grafiką, dziś raczej budzi nostalgię. Dlatego, gdy wraz z rozwojem techniki nowsze odsłony serii zaczęły wizualnie przyćmiewać „siódemkę”, część fanów zaczęła przebąkiwać o sequelu. Do jego stworzenia nigdy nie doszło. W zamian fani otrzymali kilka gier osadzonych w uniwersum FFVII, opowiadających o dziejach bohaterów gry przed i po zakończeniu głównej historii. Masowo opisywane we fanowskich opowiadaniach, doujinshi, dyskutowane na forach, nagle nabrały oficjalnej interpretacji.
Rzecz dzieje się dwa lata po zakończeniu gry, gdy ludzkość niemal rzutem na taśmę została uratowana przed zagładą. Bohater „ostatniej akcji”, depresyjny antyheros dzielnie zmagający się z kompleksem idola, Cloud Strife, prowadzi dwuosobową firmę kurierską w mieście powstałym na gruzach zniszczonego Midgar. Potężna megakorporacja, Shinra, opierająca swe wpływy na eksploatacji źródeł Mako, po kataklizmie ostała się jedynie jako przykre wspomnienie mieszkańców. Jej ostatnim symbolem jest uważany za zmarłego, uwięziony na wózku inwalidzkim dziedzic upadłego imperium, Rufus Shinra, i jego czwórka ochroniarzy z elitarnej jednostki Turks. Cudem uciekłszy kostusze spod ostrza, Rufus, podobnie jak Cloud, ma poważne problemy ze zdrowiem. Trawi go geostygma, plaga dziesiątkująca całą populację. W powszechnej opinii – zemsta planety za zatrucie środowiska. Ale dziedzic Shinra ma inną teorię. W okolicy panoszy się trójka braci o srebrzystych włosach, niepokojąco przypominających człowieka, który dwa lata temu niemal zrujnował planetę. Sephiroth, równie potężny, co szurnięty były generał ShinRa, wciąż, pomimo dwukrotnej śmierci, na osobistej krucjacie przeciwko ludzkości. Rufus obawia się powrotu Sephirotha i prosi Clouda o pomoc. Ten, tradycyjnie pogrążony w samoumartwianiu się, odmawia. Do czasu, gdy w niebezpieczeństwie znajdą się jego bliscy.
Advent Children jest najbardziej efektowną częścią kompilacji, dwugodzinną prezentacją możliwości grafików Square Enix, pełną akcji, pościgów, pojedynków zaprzeczających ziemskiej grawitacji. Jednocześnie pozostaje najsłabsza fabularnie. Po dramatycznej, spektakularnej końcówce gry, w której zginęło kilka kluczowych postaci, Tetsuya Nomura stanął przed dylematem: jak zadowolić wszystkich fanów? W Advent Children następuje więc festiwal powrotów. Niektórzy odnajdują się cudownie wskrzeszeni, inni przemawiają zza grobu, jeszcze inni powstają z martwych. Ta dbałość o zadowolenie klienta oznacza tłok na ekranie i obecność postaci nie zawsze istotnych dla przebiegu fabuły. Wątpię, by fanom to przeszkadzało, ale widzowie stykający się pierwszy raz z uniwersum FFVII mogą poczuć się lekko zagubieni wśród aluzji i odniesień, których nikt nie tłumaczy. Sama fabuła, gdy odrzeć ją z komputerowych fajerwerków, pozostaje całkiem banalna, wręcz rozczarowująca. Mam wrażenie, że gdyby scenariusz pisał spec od filmów, nie od gier, dużo mądrzej wykorzystałby dwie godziny, które oddano by mu do dyspozycji. Może uniknąłby tych pseudofilozoficznych rozważań, zwanych tu dialogami, płynących do naszych uszu w postaci aksamitnych głosów japońskich seiyu. Toshiyuki Morikawę z jego eleganckim, chłodnym barytonem chętnie zatrudniłabym jako spikera w moim osobistym radiu, mogę go słuchać godzinami. Wolałabym jednak, żeby on i pozostali mieli coś do powiedzenia, a nie tylko wypełniali ciszę pomiędzy utworami Nobue Uematsu, muzycznego weterana sagi. Ścieżka dźwiękowa pozostaje jednym z najbardziej udanych elementów filmu, zaś nowe aranżacje klasycznych tematów z gry przywołują miłe wspomnienia.
Advent Children jest przede wszystkim opowieścią o Cloudzie, jego nieudanych próbach pogodzenia się z przeszłością i uzyskania wybaczenia od przyjaciół, których nie zdołał uratować. Wersja reżyserska, Complete, rozszerza dodatkowo wątek Denzela, chłopca chorego na geostygmę. Pierwotnie film potraktował go dość marginalnie, teraz Denzel został pełnoprawnym bohaterem, a lwia część nowych scen przypada właśnie jemu. Zadowoleni będą też fani Turks, Reno i Rude, którzy kradną cały show, równoważąc dość melancholijny nastrój przednią dawką humoru. Widzów czeka też kilka innych nowości. Na twarzach postaci w trakcie walki pojawia się brud i otarcia, a nawet krew, element dotychczas nieobecny.
Jednej rzeczy z pewnością Advent Children nie brakuje. Masy seksownych cyfrowych facetów o delikatnych rysach twarzy, nieskazitelnej cerze i rzęsach długich jak z reklamy Maybelline. Final Fantasy słynie z androgenicznych postaci, przewijających się przez ekran w różnych wariacjach. Może się to wydawać japońską fanaberią, lecz wystarczy przypomnieć sobie, jak głęboko w naszej kulturze tkwią postacie pięknych, skrzydlatych młodzieńców. Sam Sephiroth to zjaponizowana, popkulturowa wersja Lucyfera, który podobnie jak jego odpowiednik buntuje się przeciwko swemu Stwórcy (korporacja Shinra, kanji 神 [shin] oznacza ‘istotę boską’). Nadmiar cyfrowego piękna filmowi nie szkodzi, wręcz przeciwnie, pomaga odwrócić uwagę od innych niedoskonałości. Przez to oglądanie Advent Children jest mimo wszystko przyjemnym zajęciem, choć ździebko pustym.
Pozostaje pytanie, czy lifting przyniósł oczekiwany skutek. Owszem, produkcja wygląda jeszcze lepiej, a nowe sceny zapełniają kilka istotnych luk w fabule. Jednakże, mimo wprowadzonych zmian, Advent Children pozostaje wyłącznie prezentem od twórców dla fanów, miłym dla oka i serca, ale dość kosztownym.

Tagi: Japonia
22:00, almaaghra , recenzje
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 22 czerwca 2009
"The Machine Girl" - recenzja

Nie ma szaleństwa, którego Japończycy nie byliby w stanie uwiecznić na taśmie filmowej. Taki wniosek można wysnuć po obejrzeniu „The Machine Girl”, przesiąkniętej krwawym absurdem produkcji Noboru Iguchiego, który zasłynął swego czasu ekranizacją mangi Go Nagai „Sukeban Boy”. Po zmierzeniu się z półtoragodzinną dawką nonsensu, humoru i radosnej jatki, wychodzi na to, że film nie jest tak głupi, jakby się mogło wydawać, chociaż do poziomu kina „kultowego” sporo mu brakuje.

Ami Hyuga i jej brat Yu są sierotami. Ich rodzice, oskarżeni o morderstwo, popełnili samobójstwo. Ami stara się opiekować młodszym bratem, ale nie wie, że chłopak ma poważne kłopoty. Na cel wziął go szkolny gang dowodzony przez potomka rodu yakuza, Sho Kimurę. Gdy Yu i jego przyjaciel próbują stawiać opór, zostają zamordowani. Pogrążona w smutku Ami odnajduje notatnik brata, który przed śmiercią spisał nazwiska prześladowców. Szybkie, lecz brutalne śledztwo i Ami trafia do posiadłości rodu Kimura, próbując zabić Sho. Nie odnosi sukcesu. Zostaje schwytana, torturowana i na koniec pozbawiona ręki. Udaje się jej uciec i dotrzeć do warsztatu prowadzonego przez rodziców zmarłego przyjaciela Yu. Mimo okazywanej jej początkowo niechęci, Ami zawiązuje sojusz z wojowniczą Miki, matką zabitego chłopaka. W dokonaniu krwawej zemsty ma jej pomóc potężny wielolufowy karabin zamontowany zamiast protezy na kikucie ręki. Nie mając już nic do stracenia, wyrusza na samobójczą misję przeciwko mordercom jej brata.

The Machine Girl

„The Machine Girl” to specyficzna produkcja, której oglądanie może sprawić sporo frajdy pod warunkiem, że podchodzi się do niej z dużym dystansem. Iguchi nie jest wprawdzie reżyserem pokroju Miike, ale dzieli z nim humorystyczne podejście do tematu. Stąd mimo krwawej sieczki, odcinania kończyn, podrzynania gardeł, człowiek ze wstydem zauważa, że go to bawi. Przemoc jest groteskowa, efekty nie najlepszej jakości, zaś logiki wszelkiej brak. Dlatego cały film można traktować równie serio jak przebieranki na Halloween. Ale to dobrze, żartobliwa otoczka czyni „The Machine Girl” znośniejszym, a w porównaniu z „Tokyo Gore Police” lub „Meatball Machine” nawet lekkostrawnym.

Film Iguchiego łączy w sobie najbardziej rozpoznawalne elementy japońskiej popkultury, które bez trudu skojarzy każdy średnio zainteresowany amator produkcji z Kraju Kwitnącej Wiśni. Znajdziemy wśród nich klan yakuza hołdujący tradycji ninja, odzianą w mundurek licealistkę uzbrojoną w potężną giwerę, gang Super-Żałobników wyciągnięty żywcem z produkcji super sentai, a nawet kilka soczystych ujęć białych dziewczęcych majtek. Jakby tego było mało, reżyser puszcza oko i do zachodniej widowni. Na ekranie pojawia się piła mechaniczna, nabita gwoździami głowa yakuzy (nowa wersja Pinheada?) i maska kojarząca się Hannibalem Lecterem. Nie powinno to dziwić. Ekstremalne kino z Japonii ma spore branie za Oceanem, a twórcy „The Machine Girl” znaleźli mecenasa w postaci amerykańskiego dystrybutora horrorów klasy B Fever Dreams, który chętnie zaangażował się we współfinansowanie kilku japońskich produkcji. Za zielone banknoty film nakręcił Yoji Shimomura (Death Trance), a po nim Yoshihiro Nishimura (Tokyo Gore Police). Biorąc pod uwagę chałupniczy styl „The Machine Girl”, pieniędzy nie było dużo, ale starczyło na radosną zabawę makabrą, coś co Japończycy potrafią jak żadna inna nacja na świecie.

The Machine Girl

Film spotkał się z ciepłym przyjęciem w kręgu zachodnich fanów makabry. Żadna niespodzianka, skoro został skrojony pod ich oczekiwania. Obowiązkowa krwawa fiesta z kilkoma zaskakującymi nowinkami gastronomicznymi (przepis na oryginalne sushi), ostre narzędzia w akcji i ładne dziewczyny wzięte z branży erotycznej. Te ostatnie na szczęście pozostają w ubraniach, bo w liczy się przede wszystkim jatka. Dzięki temu widzowie nie odnoszą wrażenia, że brak pomysłu reżyser ratuje golizną. Zamiast niej przez 96 minut doświadczamy kiczu w czystej postaci. O grze aktorskiej lepiej nie wspominać, scenariusz był chyba pisany na ostrym kacu. Kto oczekiwał czego innego, niech sobie da spokój.

Promocja „The Machine Girl” opierała się na pojęciu „kultowy”, zdewaluowanym od czasu, gdy stało się synonimem słowa „znany”. Do uzyskania tego statusu trzeba o wiele więcej niż hektolitrów krwi i seksownych dziewczyn. Potrzeba wizji, a także gotowości do pójścia po bandzie. Obraz Iguchiego nie osiąga ekstremum. Widziałam projekty dużo bardziej szalone, kreatywne i brutalne. Dlatego „The Machine Girl” lepiej traktować jako pastisz, w którym nie liczą się sens fabuły i aktorskie talenty, lecz ogólna frajda. Film do strawienia, gdy się ma dostatecznie skrzywione poczucie humoru.

niedziela, 24 maja 2009
"Władcy wojny" - recenzja
Warlords PosterWładcy wojny, Tau Ming Chong, The Warlords
Chiny/Hongkong 2007
Reżyseria: Peter Chan
Obsada: Jet Li, Andy Lau, Takeshi Kaneshiro, Xu Jinglei, Guo Xiaodong
Dystrybucja: Forum Film Poland
 
Nie ma szczęścia do Polski kino gatunkowe, traktowane przez krytyków jak produkt drugiej kategorii. Wystarczy, że skrobnie się lekceważącą recenzję, służącą głównie samozadowoleniu autora, udowadniającego wszem i wobec, że ma gust bardziej wyrafinowany niż filmowe „masy”. Kino azjatyckie bywa ofiarą tej samej maniery, co najdobitniej pokazuje przykład „Władców wojny”. Po przeczytaniu niektórych recenzji ma się wrażenie, że jakiś dziwoląg nawiedził polskie kina, a nawet wyjątkowy gniot. A ponieważ większość krytyków spotyka się takimi filmami raz na ruski rok, umknęło im, że w zalewie kostiumowych produkcji z Państwa Środka ta prezentuje się jako solidny kawałek kina wojennego, który nie topi widza w morzu baśniowości i romantyzmu, w moim mniemaniu stanowiących prawdziwe przekleństwo gatunku.

Generał Pang (Jet Li) wydobywa się spod sterty ciał. Zdradzony przez podstępnych sojuszników, stracił całą armię, a sam przetrwał w mało honorowy sposób – udając trupa. Straciwszy całą ochotę do życia, snuje się po niebezpiecznych traktach, aż pada nieprzytomny na oczach pewnej wieśniaczki. Kobieta przenosi go do opuszczonego domostwa, gdzie karmi go, pozwala mu się wypłakać, a na koniec spędza z nim noc. Doświadczenie to działa na Panga jak katharsis, ale odegnawszy od siebie ponure myśli, nie ma gdzie się podziać, a na dwór wrócić nie może. Sytuacja rozwiązuje się sama, gdy drogę przetnie mu oddział bandytów dowodzony przez Wu Yanga (Takeshi Kanashiro), młodego watażkę, któremu wpadną w oko generalskie buty. Zamiast łatwego łupu, czeka go niespodzianka, gdyż szybko zostaje obezwładniony przez doświadczonego wojownika. Nie żywiąc urazy, Wu Yang zaprasza go na spotkanie z przywódcą bandy, Er Hu (Andy Lau), którego nazywa starszym bratem. Pang pomaga bandytom w bitwie z żołnierzami, których Er Hu i jego oddział wybijają do nogi, kradnąc żywność, która ma zaspokoić głód całej wioski. Ich radość nie trwa długo, gdyż łup zostaje skonfiskowany przez armię. Widząc załamanie na twarzy wieśniaków, Pang podsuwa im rozwiązanie. Jeśli sami zostaną żołnierzami, otrzymają żołd, żywność i ochronę. Propozycja przechodzi niemal bez dyskusji i żeby zyskać ich zaufanie, Pang zawiera przymierze krwi z Er Hu i Wu Yangiem. Dwójka watażków zbiera niemal wszystkich zdolnych do walki mężczyzn i powierza ich los Pangowi. Ten okazuje się być znakomitym dowódcą, ale wraz z kolejnymi sukcesami rośnie przepaść pomiędzy braćmi krwi. Pang nie tylko wprowadza metody, które budzą sprzeciw Er Hu, ale po cichu romansuje z Lian (Xu Jinglei), jego żoną. Tą samą kobietą, która wcześniej uratowała mu życie.
Warlords Still
Powstanie Tajpingów, podczas którego rozgrywa się akcja filmu, było wyjątkowo krwawym epizodem w historii Chin. W przeciwieństwie do tego, co twierdzą autorzy, nie zrównał się w niechlubnej statystyce z drugą wojną światową, lecz z pewnością dogonił, a nawet przegonił pierwszą. Czternastoletni konflikt poprzedziły frustracje Honga Xiuquan, niedoszłego urzędnika państwowego, który po kolejnym oblanym egzaminie przeszedł załamanie nerwowe. Wtedy też doznał wizji, w których został nowym Mesjaszem oraz młodszym bratem Jezusa. Gdy po latach zaczął pogłębiać chrześcijańską wiarę, utworzył sektę, której celem stało się zbudowanie Królestwa Bożego na ziemi, a do tego celu miało doprowadzić zniszczenie rządzącej Chinami mandżurskiej dynastii Qing. Tajpingom udało się opanować środkowe Chiny, ale wkrótce musieli się zmierzyć z liczną armią cesarską wspomaganą w późniejszym okresie przez europejskich i amerykańskich najemników. W rezultacie zostali pokonani, lecz zapisali się w dziejach jako uczestnicy jednego z najkrwawszych konfliktów w dziejach świata.

Peter Chan, reżyser „Władców wojny”, niezwykle oszczędnie wprowadza widzów w realia epoki. Oprócz pojawiających się aluzji do chrześcijaństwa (naszyjnik z krzyżykiem, opowieść o Jezusie, który rozmnaża chleb), historia ma charakter uniwersalny, dryfując pomiędzy pokazywaniem okrucieństwa wojny i brudu, w jakim tonie polityka, a historią pogmatwanych relacji międzyludzkich, które eskalują w konflikt. To, że wojna nie jest miejscem dla dżentelmenów, wydaje się być truizmem, ale nie pamiętam chińskiej superprodukcji emanującej aż takim pesymizmem. Tymczasem tu pod pręgierzem stają dwa zjawiska, które sprawiają, że ludzie tracą głowy. Wojna i pożądanie.
Warlords Still
W pierwszej części filmu dominuje akcent bratersko-bohaterski z kulminacją w postaci monumentalnej bitwy, zakończonej okrzykami entuzjazmu, łzami wzruszenia i temu podobnymi podniosłymi gestami, które można uznać za typowe w kinie heroicznym, nie tylko azjatyckim, a które pewni recenzenci uważają za przykład wyjątkowego nadmiaru patosu. Moim zdaniem we „Władcach wojny” osiąga on całkiem znośny poziom, głównie dlatego, że akcja szybko przybiera mroczniejsze tony, a w męską przyjaźń wkrada się podwójny konflikt interesów. Obserwujemy więc powolny rozkład zawartego braterstwa, podobno przez kobietę. Wygodna wymówka, ale przy szczątkowym wątku szorstkiego romansu Panga i Lian, łatwiej przyjąć, że panów raczej zgubiła rywalizacja i polityka. Ale to pozostawiam ocenie każdego z widzów.

Kilka ciepłych słów należy się Jetowi Li. Jak na aktora o dość wąskiej specjalizacji, nieźle poradził sobie w roli, która pozbawiła go na ekranie największego atutu – kung fu. Paradoksalnie Li zrobił jeden z najlepszych filmów w karierze (z pewnością najlepszy, jaki widziałam), skupiając się na portretowaniu niejednoznacznej postaci, jaką jest Pang. Można oczywiście narzekać, że nie gra jak Tony Leung, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie siliłby się na takie porównania. Li zagrał lepiej niż można się było spodziewać i usunął w cień zarówno Andy’ego Lau jak i Takeshiego Kaneshiro, wobec których można było mieć większe oczekiwania.
Warlords Still
„Władcy wojny” to film zrealizowany z rozmachem, pełen efektownych ujęć, spełniający co do joty wymogi kina rozrywkowego, którym z założenia jest. W dodatku próbuje wyjść poza stereotyp i zamiast raczyć widza wizją wojny jako przygody lub starcia wypielęgnowanych herosów, nurza swych bohaterów w brudzie, dosłownie i w przenośni, nie pozostawiając widzowi nawet szczypty optymizmu. To miła odmiana po cukierkowych romansach, w których chyba chodzi wyłącznie o to, by nie psuć widzom humoru.
niedziela, 15 marca 2009
"Sky Blue" - recenzja dvd
Sky Blue CoverSky Blue, Wonderful Days
Korea Południowa 2003
Reżyseria: Kim Moon-saeng
Obsada: Chung Joon-ho, Yu Hye-jin, Yu Ji-tae
Dystrybucja: IDG Poland 
 
Na pytanie: co łączy japońską i amerykańską animację, można złośliwie odpowiedzieć: obie powstają w Korei. Jest w tym oczywiście sporo przesady, ale nie da się ukryć, że za wieloma znanymi tytułami kryje się praca koreańskich animatorów. Jedno z czołowych studiów, DR Movie, chwali się współpracą z takimi tuzami jak Ghibli, GONZO czy Madhouse, a na imponującej liście projektów, przy których brało udział, zamieszcza „Księżniczkę Mononoke”, „Vampire Hunter D: Bloodlust” czy „Metropolis”. Skoro więc w Korei nie brakuje zdolnych twórców animacji, to dlaczego tak znikoma liczba rodzimych tytułów krąży w międzynarodowej świadomości? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba przyjrzeć się najsłynniejszemu z nich, „Sky Blue”.

Rok 2142. W wyniku klimatycznej apokalipsy wielkie ziemskie społeczności przestały istnieć. Niedobitki schroniły się na wyspie Sisil, na której powstało nowoczesne miasto-twierdza Ecoban, czerpiące energię z pokrywającej niebo powłoki zanieczyszczeń. Tam wygodnym życiem w czystym i bezpiecznym środowisku cieszą się wybrańcy. Reszta zamieszkuje slumsy wokół Ecoban i służy jako siła robocza. Zwą ich Marrianami. Mimo dziesięciokrotnie większej liczebności, uchodźcy nie są w stanie skutecznie przeciwstawić się polityce dyskryminacji i wykorzystywania, na której miasto buduje swój dobrobyt. Prawdziwe zagrożenie tkwi w młodym chłopaku, który Ecoban zna jak własną kieszeń. Shua zdobywa informacje o malejących zasobach energii, które hamują rozwój miasta. Wie, że jedynym sposobem na powstrzymanie tego procesu jest wywołanie kolejnej katastrofy ekologicznej, do czego nie zamierza dopuścić. Mieszanie się w sprawy Ecoban owocuje spotkaniem z dawną przyjaciółką, Jay, i zazdrosnym o jej względy szefem straży. Shua staje się przedmiotem osobistej wendetty, która komplikuje mu plany.
Wonderful Days Still

Cieszący się opinią „najdroższej koreańskiej animacji w dziejach”, „Sky Blue” powstawał siedem lat i kosztował krocie (najczęściej wspomina się o kwocie kilkunastu milionów dolarów). Większość budżetu poszła na bajeczną grafikę, łączącą elementy animacji 2D i 3D, która stanowi główną atrakcję produkcji. Całość tworzy typową postapokaliptyczną wizję z jej szerokimi pustkowiami, wrakami i architektonicznym misz-maszem w dzielnicach biedy połączoną z stylistyką charakterystyczną dla gwiezdnej sagi George’a Lucasa. Obok wielkiej ciężarówy mknącej przez skalistą pustynię, zobaczymy też powietrzne autostrady wewnątrz Ecoban, które przypominają, przynajmniej z oddali, zatłoczone trasy Coruscant. Koreańczycy zadbali o każdy szczegół, od imponujących ujęć panoramicznych po detale w postaci kilkusekundowej sekwencji padającego deszczu. Fajerwerkom technologii cyfrowej towarzyszy nastrojowa muzyka panów Il Wona i Jae Il Sima, subtelna, trochę melancholijna. Skłania do siedzenia nawet na końcowych napisach. Na tym kończą się pochwały. Zajmijmy się tym, co w „Sky Blue” jest nie tak.

Film tak bardzo chce uchodzić za wizualne arcydzieło, że odpuszcza sobie to, co jest nieodłącznym składnikiem każdego wybitnego projektu. Fabułę. Nie mówi nam nic, czego byśmy już nie wiedzieli, nie zaskakuje, nie daje do myślenia. Porusza się w granicach bezpiecznego schematu, otwierającego przestrzeń dla głównego wątku „Sky Blue”: romansu z futurystyczną scenografią w tle. Wszystko inne czerpie z klasyki gatunku, począwszy od arkologii będącej ostatnim bastionem cywilizacji, dystopijnego społeczeństwa, starego jak „Metropolis” konfliktu między klasą rządzącą a robotniczą, a nawet bohatera – samotnego wojownika, dziecka systemu, z którym walczy. Scenarzyści „Sky Blue” nie pochylają się zbytnio nad tym tematem, a wszystko, co dzieje się poza głównym wątkiem, to zespół dogmatów. Ecoban czerpie energię z zanieczyszczeń, ale nie wiemy na czym to polega. System Dolos to idea, której nikt nie tłumaczy. Jedyne co z tego wynika, to że trzeba coś wyłączyć, żeby jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki było znowu pięknie i wszyscy byli szczęśliwi.
Wonderful Days Still
Płytkość wizji świata przyszłości przekłada się niestety na wątek romantyczny. Shua jest osobnikiem niewątpliwie dobrym, lecz całkowicie biernym, jeśli chodzi o tą dziwaczną rywalizację. Ten, któremu naprawdę zależy, czyli dowódca ecobańskiej straży, to antypatyczny, jednowymiarowy gość, który z założenia nie ma racji. Dla każdego, kto lubi filmowe „czarne charaktery”, to spore rozczarowanie. Efekt: na ekranie obserwujemy beznamiętny pojedynek tam, gdzie powinno iskrzyć od emocji. Jego symbolem jest scena, w której Jay, jak bezwładna lalka, wędruje z rąk jednego do drugiego. Bo o posiadanie tu chodzi. „Dlaczego ona ma należeć do ciebie?” pada pytanie w pewnym momencie.

Schematyczność i brak oryginalności to częsty grzech w kinie koreańskim, nierzadko idący w parze z wizualną perfekcją. Udany pomysł fabularny powielany jest dopóty, dopóki ktoś chce go oglądać. W przypadku „Sky Blue” ta inspiracja idzie z zagranicy, przez to cała historia staje się uniwersalna i w zasadzie mogłaby powstać wszędzie. Koreańczycy nie posiadają mistrzów w rodzaju Miyazakiego, którego jeden obraz jest w stanie zarobić krocie („Ponyo” to przecież najbardziej kasowy azjatycki film ubiegłego roku), nie mają też popularnych franczyz w rodzaju „Pokemonów”, „Detective Conan”, czy „Gundam”, które przynoszą zyski. Patrząc na wyniki koreańskich produkcji, nawet tamtejsi widzowie chyba nie bardzo w nie wierzą. Pełnometrażowe  filmy animowane nie odnoszą tam oszałamiającej kariery, chyba że są amerykańskie. W 2003 roku „Sky Blue” ogłoszono nadzieją dla lokalnego przemysłu animacji na międzynarodowy sukces. Pozostając najbardziej rozpoznawalnym koreańskim tytułem, drugim „Akirą” się nie okazał. Trudno się dziwić, bo film Katsuhiro Otomo to dzieło innego kalibru i innej epoki.  
Wonderful Days Still
Mimo ogromnego potencjału i państwowych dotacji, Koreańczycy wciąż nie potrafią wyzwolić się spod dominacji potężnego japońskiego sąsiada, który zaprzęga ich talenty do własnych produkcji. „Sky Blue” pozostaje piękną wizytówką możliwości, które drzemią w twórcach z półwyspu. Jednakże, do skutecznej rywalizacji potrzeba widzów i własnych pomysłów. Póki brakuje jednego i drugiego, pozostają małe, lokalne sukcesy i mozolna praca w cieniu. Wątpię, żeby to satysfakcjonowało koreańskich animatorów. Tym większa szansa, że jeszcze o nich usłyszymy.
piątek, 30 stycznia 2009
"Bangkok Dangerous" - recenzja dvd
Bangkok Dangerous Poster
Bangkok Dangerous, Bangkok - Ostatnie zlecenie
Tajlandia 1999
Reżyseria: Oxide Pang, Danny Pang
Obsada: Pawalit Mongkolpisit, Pisek Intrakanchit, Patharawarin Timkul, Premsinee Ratanasopha, Korkiate Limpapat 
Dystrybucja: Mayfly
 
Niektóre filmy czeka długa droga zanim wreszcie pojawia się w Polsce, nawet jeśli stoją za nimi reżyserzy, których nazwiska zna każdy fan kina z Azji. Tak było z „Grą wstępną” Takashiego Miike, „Infernal Affairs” Alana Maka i Andrew Lau, nie inaczej jest z filmami braci Pang, „Okiem” i recenzowanym tu „Bangkok Dangerous”, po wielu latach trafiającymi na polski rynek jako część serii „Asia Extreme” razem z wejściem do kin ich amerykańskich remaków.

Nakręcony w 1999 roku „Bangkok Dangerous” to dla braci Pang film wyjątkowy, pierwszy wspólny projekt w ich dziesięcioletniej reżyserskiej karierze. Potem bywało już różnie, od przełomowego „Oka” po nieudany amerykański debiut „The Messengers”. Bracia kręcili wspólnie i osobno (tu lepiej się wiodło starszemu z bliźniaków, Oxide’owi), umiejętnie wykorzystując kontakty w dwóch dużych ośrodkach filmowych, w Hongkongu i Bangkoku. Ich wspólna kariera zaczęła jednak przypominać równię pochyłą, stworzywszy znakomite „Oko”, zyskali przychylność krytyki, która malała z każdym kolejnym projektem. Jeżeli „Oko” uznać za najlepszy film w ich dorobku, to „Bangkok Dangerous” plasuje się tuż za nim, tworząc romantyczny, lecz nie pozbawiony mroczniejszych akcentów obraz tajskiego półświatka, w którym niebezpieczni zabójcy w przerwach pomiędzy zleceniami tęsknią za odrobiną uczucia.  
Bangkok Dangerous Still
 
Głuchoniemy Kong jest płatnym zabójcą, wykonującym zlecenia na ulicach Bangkoku, a czasem i poza nim. Do branży trafił dzięki Joe, który wypatrzył go na jednej ze strzelnic i wprowadził w arkana zawodu. Niepozorny Kong w niczym nie przypomina gangstera i początkowo nie wzbudza podejrzeń pracującej w aptece Fon, z którą się umawia. Idylla trwa bardzo krótko. Była dziewczyna Joe, Aom, zostaje zgwałcona przez powiązanego z półświatkiem boksera. Joe nie może tego puścić płazem i wkrótce pakuje się w kłopoty. Kong zaś dostaje felerne zlecenie, które stawia na nogi całą policję.

Archetyp bandziora, w którym budzi się sumienie, jest tak stary, jak stare są filmy o gangsterach. Kong, a także Joe, to jego kolejne inkarnacje. Pałają się co prawda brudną robotą i nie zawsze zabijają tylko złych ludzi. Są jednak bardzo ludzcy, mający marzenia i słabe punkty. Joe nie potrafi uporządkować swojego życia osobistego. Kong próbuje jakieś zacząć, łudząc się, że może zbudować je na kłamstwie. Nie żyją w luksusie, nie mają nawet samochodu. Ot, byliby to przeciętni faceci, gdyby nie jeden szczegół. Potrafią zabójczo celnie strzelać.
Bangkok Dangerous Still

W „Bangkok Dangerous” bracia Pang powierzyli cztery główne role debiutantom. Na tym tle wyróżnia się Pawalit Mongkolpisit, którego Kong ma w sobie cząstkę niewinności i bezradności, wzbudzających u widza natychmiastową sympatię. Ani on ani Joe nie są typami, którzy potrafią kontrolować otoczenie, to raczej narzędzia, palce naciskające spust. Oczywiście, jeśli nadepnie się im na odcisk, potrafią ugryźć, ale tego właśnie oczekuje od nich widownia. W końcu „nasz” bohater nie może pozostać obojętny, gdy któryś z tych bardzo złych i obleśnych typów napastuje jego kobietę. I dlatego zgodnie z rycerskim, tfu, bandyckim kodeksem bierze spluwę i idzie wyrównać rachunki.  

Fabularnie film obraca się więc w znajomych klimatach, przeskakując pomiędzy kapitalnie sfilmowanymi scenami akcji (podobał mi się pomysł z dziewczynką naśladującą Konga w jednej z początkowych scen), licznymi retrospekcjami i opowieścią o kiełkującym uczuciu Konga do Fon, przywodzącym na myśl koreański romans „Daisy”. W tym reżyserowanym, o dziwo, przez twórcę trylogii „Infernal Affairs” melodramacie pewien płatny zabójca zapałał miłością do artystki i posyłał jej stokrotki. Na szczęście „Bangkok Dangerous” nie osiąga równie niedorzecznego poziomu romantycznej fantazji, choć momentami zbliża się do niej niebezpiecznie blisko (kolacja z babcią).
Bangkok Dangerous Still

Tak naprawdę sukces obrazu (nagroda krytyków na festiwalu w Toronto) tkwi w jego wizualnej stronie. „Bangkok Dangerous” to film efektowny, niektórzy nawet twierdzą, że efekciarski. Bracia Pang postawili na rozmaite sztuczki operatorskie i przede wszystkim kapitalny montaż. Trudno się dziwić, skoro Danny to wzięty montażysta, który swoją przygodę na tym polu rozpoczął od słynnego „The Storm Riders” (1998), przy którego sequelu właśnie pracuje wraz z bratem. Z kolei za zdjęcia odpowiadał kolejny debiutant, a później wieloletni współpracownik braci Pang Decha Srimantra, ostatnio widziany na planie „Chocolate””. Srimantra pokazał Bangkok jako miejsce niezwykłe, ale i niebezpieczne, pulsujące życiem, które nie zamiera w nocy. Piękniejsza stolica Tajlandii była tylko w obiektywie kamery Tiwy Moeithaisonga w „Bangkok Love Story”, notabene z kolejnym zakochanym zabójcą w fabule. Tyle, że tam był romans innego rodzaju.

Debiutancki obraz braci Pang jest obrazem atrakcyjnym, choć zlepionym ze znanych klisz. Należącym już do kanonu azjatyckiego kina gatunkowego, ale nie mającym aż tyle impetu, by przyciągać nowych fanów. Stworzony w doskonałym momencie, „Bangkok Dangerous” unosił się na fali powracającej fascynacji azjatyckim filmem na świecie, zdobywając serca krytyków i publiczności, zachwycających się produkcjami „made in Asia”. Po latach rozczarowań i w oczekiwaniu na kolejny przypływ formy reżyserskiego tandemu, warto przypomnieć sobie, że bracia Pang kręcili wspólnie niezłe filmy i to z gatunku takich, jakich w Tajlandii już się nie robi.
niedziela, 18 stycznia 2009
SPL - recenzja dvd
SPL Poster SPL, Strefa śmierci, Saat po long, Sha Po Lang, Kill Zone
Hongkong 2005
Reżyseria: Wilson Yip
Obsada: Sammo Hung, Simon Yam, Donnie Yen, Wu Jing, Liu Kai Chi
Dystrybucja: SPI International Polska (premiera dvd - 1 lutego 2007)
 
Trylogia „Infernal Affairs”, jedno ze szczytowych osiągnięć gatunku thrillera policyjnego z Hongkongu oprócz niewątpliwego sukcesu, jaki stał się udziałem całej tamtejszej kinematografii, przyniosła też wymierną stratę – zabiła inwencję u wielu twórców, którzy rzucili się do powielania schematu. Na szczęście klasowy reżyser zawsze znajdzie sposób, by nawet najbardziej znane motywy natchnąć świeżością. Wilson Yip postanowił nakręcić twarde kino, w którym nie ma czasu na moralne dylematy i bolesną psychoanalizę. Postawiwszy na silne, pulsujące osobowości, klasyczny pojedynek triada-policja przekształcił w osobistą wendettę i zatrudniwszy największe gwiazdy kina kung fu, kazał im skoczyć sobie do gardeł.

Dla porucznika Chana (Simon Yam) czas biegnie szybciej niż dla jego współpracowników. Za dwa dni odchodzi na emeryturę, nie wiedząc, jak długo będzie mógł się cieszyć wolnym czasem spędzanym z przybraną córką. Lekarze zdiagnozowali u niego guza mózgu, nie dając mu za wiele nadziei. Zanim odejdzie z policji, Chan ma do załatwienia jeszcze jedną sprawę. Przed trzema laty szef triady, Wong Po (Sammo Hung), uniknął więzienia dzięki śmierci najważniejszego świadka oskarżenia. Chan był jednym z oficerów eskortujących go do sądu i został ranny podczas zamachu. Od tej pory wychowuje córeczkę zmarłego świadka i martwi się o to, co stanie się z nią po jego śmierci.

Tymczasem los zdaje się mu sprzyjać. Po śmierci jednego z tajniaków w gangu Wong Po, na posterunek zgłasza się lekko upośledzony mężczyzna, który przypadkowo nagrał całą scenę egzekucji. Mimo że na taśmie wyraźnie widać, jak gangster bije ofiarę, to strzał pada z pistoletu jednego z jego podwładnych. Chan wraz z trójką najbliższych współpracowników uznaje, że to ostatnia szansa, by dopaść Wong Po i bez zastanowienia kasuje końcówkę filmu. Porucznik postanawia też nie wtajemniczać w sprawę swego następcy, Ma (Donnie Yen), dla którego to pierwszy dzień w nowym zespole. Mistyfikacja szybko wychodzi na jaw i pomoc Ma staje się niezbędna, zwłaszcza w konfrontacji z bezwzględnym zabójcą (Wu Jing), którego Wong Po nasyła na niepodejrzewających niczego policjantów.
SPL Still

Wilson Yip dokonał nie lada wyczynu, angażując gwiazdy trzech pokoleń kina sztuk walki do policyjnego dramatu, w którym ich koronne umiejętności stają się wisienką na torcie, dekorującą i tak już smakowity kawałek kina. Samo pojawienie się tej trójki w jednym filmie było nie lada atrakcją. Sammo Hung, żywa legenda kina akcji, zagrał jedną z najlepszych ról w swojej karierze. Jego Wong Po to bezwzględny gangster, który nie lubi, jak mu się przeszkadza w interesach. Z drugiej strony ma całkiem ludzkie marzenie – mieć rodzinę, a zwłaszcza dziecko – którego dość długo nie udaje mu się zrealizować. Kiedy wreszcie rodzi się mu syn, zyskuje zupełnie nową twarz, troskliwego ojca i kochającego męża. Jakże blado wypadają w porównaniu z nim stróże prawa, rozwodnicy, samotni, często skłóceni z rodzinami. Nie przez przypadek akcja filmu toczy się w Dzień Ojca, gdy pochłoniętych prywatną krucjatą policjantów nawiedzają zaniechania całego życia.

Donnie Yen, obok Jeta Li, największa gwiazda pokolenia czterdziestolatków, na planie SPL pełnił rolę podwójną. Większe brawa należą mu się za choreografię scen walki, bo aktorsko znów zagrał siebie. Yen nie należy do aktorów zbyt ekspresyjnych, ale w SPL nie było to potrzebne. Jego postać miała ten cichy autorytet, przy którym widz nabierał przekonania, że Donnie wie, co robi. I to wystarczyło. Największą metamorfozę przeszedł importowany z Pekinu Wu Jing, którego ze słynnej Beijing Wushu Team wykradł dla kina legendarny choreograf Yuen Woo-ping. Wu Jing, słynący do tej pory z ról pozytywnych i zazwyczaj sympatycznych bohaterów chińskich seriali wuxia i serii tai chi, z powodzeniem zagrał okrutnego zabójcę, szlachtującego ludzi z dziecinną łatwością... i radością wyzbytego z skrupułów socjopaty. Wilson Yip zafundował mu prawdziwe wejście smoka w niezapomnianej scenie, gdy ubrany w biel szaleńczo okłada i tnie nożem Kena Changa. Jego Jack to kolejny po Kazuo Kiriyamie z „Battle Royale” dowód, że urodzony morderca nie musi wiele mówić, odcisnąć swoje piętno na opowiadanej historii.
SPL Still

Co Wu Jing potrafi zrobić z nożem równa się tylko temu, co Donnie Yen wyprawia z policyjną pałką. A kiedy ci dwaj spotykają się wreszcie w ciasnej bocznej uliczce, nadają nowy kierunek konwencji kina akcji. Całonocne kręcenie tej jednej tylko sceny dało niesamowity efekt. Yen tak ułożył choreografię dwóch finałowych pojedynków, żeby odpowiadała charakterom jego przeciwników. Walka z Wu Jingiem jest szybka i brutalna, z Sammo Hungiem bardziej siłowa, więcej w niej zapasów niż finezyjnych ciosów. Obie ogląda się z zapartym tchem, odnosząc wrażenie, że to się dzieje naprawdę. Co zresztą po części odpowiada prawdzie, bowiem Donnie Yen nie omawiał wcześniej z Wu Jingiem szczegółów dotyczących starcia, a Wilson Yip zostawił im całkowicie wolną rękę. SPL to ogromny sukces Yena, uhonorowanego Hong Kong Film Award za najlepszą choreografię scen walki (nie pierwszą zresztą).

Skoro sceny walki to wisienka na torcie, to co to musi być za tort. Solidny kręgosłup filmu stanowi opowieść o zdesperowanych gliniarzach, którzy ścigając się z czasem, tracą resztki skrupułów (świetny Simon Yam). Nawet jeśli mają częściową rację, a kierujące nimi powody można po ludzku zrozumieć, nie zmienia to faktu, że ich postępowanie godne jest raczej tego, z czym tak usilnie walczą. Ekipa Chana to przyjaciele, których lojalność i wzajemna troska przekraczają granicę najlepszego nawet koleżeństwa. W ten zgrany zespół wkrada się ciało obce w postaci Ma, któremu nie ufają. Szybko jednak okazuje się, że nawet on ma w życiorysie epizod, o którym wolałby zapomnieć. A ponieważ są na siebie skazani, Ma staje się częścią ich gry. Nawet jeśli wewnętrznie się z nimi nie zgadza.
SPL Still

Akcja filmu w dużej części dzieje się podczas jednej nocy, kiedy to na ulicach kontrolę przejmują gangsterzy. SPL to już któryś film z kolei, który z północy czyni umowną granicę, rozdzielającej rządy prawa stanowionego i zwyczajowego prawa triad. Jednym słowem, gliniarzom, o ile nie nazywają się Donnie Yen, po tej magicznej godzinie w niektóre rejony chodzić jest niebezpiecznie. Samo miasto wydaje się dziwnie opustoszałe oprócz nienaturalnej liczby młodych mężczyzn gromadzących się w pewnych punktach i jednego zabójcy grasującego po ulicach, na których nie ma żywego ducha. Nie zmienia to faktu, że nawet ten wymarły, nocny Hongkong wygląda pięknie w kamerze Lama Wah-Chuen, który wyraźnie upodobał sobie dachy tej metropolii, urastające do rangi jedynego miejsca, gdzie glina może zakosztować samotności.

SPL to może nie jest film idealny, ale bliski tego, czego należy oczekiwać od kina akcji. Dojrzały i wyważony, kręcony z pasją i co najważniejsze z głową, potrafiący zaskoczyć, kiedy wszystko wydaje się jasne, wprost okrutny, ale nie zachłystujący się przemocą samą w sobie. Zamiast na siłę dostosowywać standardy do nękanego cenzurą kina chińskiego, Wilson Yip zrobił kino bezkompromisowe, pozbawione złudzeń co do brutalnej natury świata, w którym przeznaczenie daje znać o sobie najboleśniej, gdy wszystko wydaje się być na dobrej drodze.
 
1 , 2 , 3


CinemaAsia na Twitter

Kontakt: cinemaasiablog@gmail.com