Kino plus konteksty
Blog > Komentarze do wpisu
"Advent Children Complete" - recenzja

Advent Children Complete CoverAdvent Children Complete

Japonia 2009

Reżyseria: Tetsuya Nomura

Obsada: Takahiro Sakurai, Toshiyuki Morikawa, Showtaro Morikubo, Ayumi Ito, Toru Ohkawa

Dystrybucja: Imperial CinePix

Drogie Panie! Zapomnijcie o kwadratowych szczękach i umięśnionych karkach marines, łysych głowach bandziorów o tępym spojrzeniu, nieociosanych sylwetkach wojowników z pięściami jak buła. Odrzućcie na chwile te zachodnie „ideały”, które pozwalają niektórym chłopcom poczuć się bardziej męsko. Jedna z najseksowniejszych gier świata powraca w postaci pełnometrażowego filmu CGI, niewinnej dwugodzinnej opowiastki o odzyskiwaniu wiary w siebie, która, ani się spojrzycie, wywoła u was brudne myśli.

Advent Children Complete to część pierwszego w historii Square Enix multimedialnego, multiplatformowego eksperymentu marketingowego znanego pod nazwą Kompilacja Final Fantasy VII. Dla mniej zorientowanych: filmowa kontynuacja jednej z najsłynniejszych japońskich gier na świecie, wydanej dwanaście lat temu jako siódma odsłona serii Final Fantasy w czasach, gdy w komputerach królował system Windows 95, a świat grywał na pierwszej wersji PlayStation. To co wówczas wydawało się atrakcyjną grafiką, dziś raczej budzi nostalgię. Dlatego, gdy wraz z rozwojem techniki nowsze odsłony serii zaczęły wizualnie przyćmiewać „siódemkę”, część fanów zaczęła przebąkiwać o sequelu. Do jego stworzenia nigdy nie doszło. W zamian fani otrzymali kilka gier osadzonych w uniwersum FFVII, opowiadających o dziejach bohaterów gry przed i po zakończeniu głównej historii. Masowo opisywane we fanowskich opowiadaniach, doujinshi, dyskutowane na forach, nagle nabrały oficjalnej interpretacji.

ACC Still

Rzecz dzieje się dwa lata po zakończeniu gry, gdy ludzkość niemal rzutem na taśmę została uratowana przed zagładą. Bohater „ostatniej akcji”, depresyjny antyheros dzielnie zmagający się z kompleksem idola, Cloud Strife, prowadzi dwuosobową firmę kurierską w mieście powstałym na gruzach zniszczonego Midgar. Potężna megakorporacja, Shinra, opierająca swe wpływy na eksploatacji źródeł Mako, po kataklizmie ostała się jedynie jako przykre wspomnienie mieszkańców. Jej ostatnim symbolem jest uważany za zmarłego, uwięziony na wózku inwalidzkim dziedzic upadłego imperium, Rufus Shinra, i jego czwórka ochroniarzy z elitarnej jednostki Turks. Cudem uciekłszy kostusze spod ostrza, Rufus, podobnie jak Cloud, ma poważne problemy ze zdrowiem. Trawi go geostygma, plaga dziesiątkująca całą populację. W powszechnej opinii – zemsta planety za zatrucie środowiska. Ale dziedzic Shinra ma inną teorię. W okolicy panoszy się trójka braci o srebrzystych włosach, niepokojąco przypominających człowieka, który dwa lata temu niemal zrujnował planetę. Sephiroth, równie potężny, co szurnięty były generał ShinRa, wciąż, pomimo dwukrotnej śmierci, na osobistej krucjacie przeciwko ludzkości. Rufus obawia się powrotu Sephirotha i prosi Clouda o pomoc. Ten, tradycyjnie pogrążony w samoumartwianiu się, odmawia. Do czasu, gdy w niebezpieczeństwie znajdą się jego bliscy.

Advent Children jest najbardziej efektowną częścią kompilacji, dwugodzinną prezentacją możliwości grafików Square Enix, pełną akcji, pościgów, pojedynków zaprzeczających ziemskiej grawitacji. Jednocześnie pozostaje najsłabsza fabularnie. Po dramatycznej, spektakularnej końcówce gry, w której zginęło kilka kluczowych postaci, Tetsuya Nomura stanął przed dylematem: jak zadowolić wszystkich fanów? W Advent Children następuje więc festiwal powrotów. Niektórzy odnajdują się cudownie wskrzeszeni, inni przemawiają zza grobu, jeszcze inni powstają z martwych. Ta dbałość o zadowolenie klienta oznacza tłok na ekranie i obecność postaci nie zawsze istotnych dla przebiegu fabuły. Wątpię, by fanom to przeszkadzało, ale widzowie stykający się pierwszy raz z uniwersum FFVII mogą poczuć się lekko zagubieni wśród aluzji i odniesień, których nikt nie tłumaczy. Sama fabuła, gdy odrzeć ją z komputerowych fajerwerków, pozostaje całkiem banalna, wręcz rozczarowująca. Mam wrażenie, że gdyby scenariusz pisał spec od filmów, nie od gier, dużo mądrzej wykorzystałby dwie godziny, które oddano by mu do dyspozycji. Może uniknąłby tych pseudofilozoficznych rozważań, zwanych tu dialogami, płynących do naszych uszu w postaci aksamitnych głosów japońskich seiyu. Toshiyuki Morikawę z jego eleganckim, chłodnym barytonem chętnie zatrudniłabym jako spikera w moim osobistym radiu, mogę go słuchać godzinami. Wolałabym jednak, żeby on i pozostali mieli coś do powiedzenia, a nie tylko wypełniali ciszę pomiędzy utworami Nobue Uematsu, muzycznego weterana sagi. Ścieżka dźwiękowa pozostaje jednym z najbardziej udanych elementów filmu, zaś nowe aranżacje klasycznych tematów z gry przywołują miłe wspomnienia.

ACC Still

Advent Children jest przede wszystkim opowieścią o Cloudzie, jego nieudanych próbach pogodzenia się z przeszłością i uzyskania wybaczenia od przyjaciół, których nie zdołał uratować. Wersja reżyserska, Complete, rozszerza dodatkowo wątek Denzela, chłopca chorego na geostygmę. Pierwotnie film potraktował go dość marginalnie, teraz Denzel został pełnoprawnym bohaterem, a lwia część nowych scen przypada właśnie jemu. Zadowoleni będą też fani Turks, Reno i Rude, którzy kradną cały show, równoważąc dość melancholijny nastrój przednią dawką humoru. Widzów czeka też kilka innych nowości. Na twarzach postaci w trakcie walki pojawia się brud i otarcia, a nawet krew, element dotychczas nieobecny.

Jednej rzeczy z pewnością Advent Children nie brakuje. Masy seksownych cyfrowych facetów o delikatnych rysach twarzy, nieskazitelnej cerze i rzęsach długich jak z reklamy Maybelline. Final Fantasy słynie z androgenicznych postaci, przewijających się przez ekran w różnych wariacjach. Może się to wydawać japońską fanaberią, lecz wystarczy przypomnieć sobie, jak głęboko w naszej kulturze tkwią postacie pięknych, skrzydlatych młodzieńców. Sam Sephiroth to zjaponizowana, popkulturowa wersja Lucyfera, który podobnie jak jego odpowiednik buntuje się przeciwko swemu Stwórcy (korporacja Shinra, kanji 神 [shin] oznacza ‘istotę boską’). Nadmiar cyfrowego piękna filmowi nie szkodzi, wręcz przeciwnie, pomaga odwrócić uwagę od innych niedoskonałości. Przez to oglądanie Advent Children jest mimo wszystko przyjemnym zajęciem, choć ździebko pustym.

ACC Still

Pozostaje pytanie, czy lifting przyniósł oczekiwany skutek. Owszem, produkcja wygląda jeszcze lepiej, a nowe sceny zapełniają kilka istotnych luk w fabule. Jednakże, mimo wprowadzonych zmian, Advent Children pozostaje wyłącznie prezentem od twórców dla fanów, miłym dla oka i serca, ale dość kosztownym.

Drogie Panie! Zapomnijcie o kwadratowych szczękach i umięśnionych karkach marines, łysych głowach bandziorów o tępym spojrzeniu, nieociosanych sylwetkach wojowników z pięściami jak buła. Odrzućcie na chwile te zachodnie „ideały”, które pozwalają niektórym chłopcom poczuć się bardziej męsko. Jedna z najseksowniejszych gier świata powraca w postaci pełnometrażowego filmu CGI, niewinnej dwugodzinnej opowiastki o odzyskiwaniu wiary w siebie, która, ani się spojrzycie, wywoła u was brudne myśli.
Advent Children Complete to część pierwszego w historii Square Enix multimedialnego, multiplatformowego eksperymentu marketingowego znanego pod nazwą Kompilacja Final Fantasy VII. Dla mniej zorientowanych: filmowa kontynuacja jednej z najsłynniejszych japońskich gier na świecie, wydanej dwanaście lat temu jako siódma odsłona serii Final Fantasy w czasach, gdy w komputerach królował system Windows 95, a świat grywał na pierwszej wersji PlayStation. To co wówczas wydawało się atrakcyjną grafiką, dziś raczej budzi nostalgię. Dlatego, gdy wraz z rozwojem techniki nowsze odsłony serii zaczęły wizualnie przyćmiewać „siódemkę”, część fanów zaczęła przebąkiwać o sequelu. Do jego stworzenia nigdy nie doszło. W zamian fani otrzymali kilka gier osadzonych w uniwersum FFVII, opowiadających o dziejach bohaterów gry przed i po zakończeniu głównej historii. Masowo opisywane we fanowskich opowiadaniach, doujinshi, dyskutowane na forach, nagle nabrały oficjalnej interpretacji.
Rzecz dzieje się dwa lata po zakończeniu gry, gdy ludzkość niemal rzutem na taśmę została uratowana przed zagładą. Bohater „ostatniej akcji”, depresyjny antyheros dzielnie zmagający się z kompleksem idola, Cloud Strife, prowadzi dwuosobową firmę kurierską w mieście powstałym na gruzach zniszczonego Midgar. Potężna megakorporacja, Shinra, opierająca swe wpływy na eksploatacji źródeł Mako, po kataklizmie ostała się jedynie jako przykre wspomnienie mieszkańców. Jej ostatnim symbolem jest uważany za zmarłego, uwięziony na wózku inwalidzkim dziedzic upadłego imperium, Rufus Shinra, i jego czwórka ochroniarzy z elitarnej jednostki Turks. Cudem uciekłszy kostusze spod ostrza, Rufus, podobnie jak Cloud, ma poważne problemy ze zdrowiem. Trawi go geostygma, plaga dziesiątkująca całą populację. W powszechnej opinii – zemsta planety za zatrucie środowiska. Ale dziedzic Shinra ma inną teorię. W okolicy panoszy się trójka braci o srebrzystych włosach, niepokojąco przypominających człowieka, który dwa lata temu niemal zrujnował planetę. Sephiroth, równie potężny, co szurnięty były generał ShinRa, wciąż, pomimo dwukrotnej śmierci, na osobistej krucjacie przeciwko ludzkości. Rufus obawia się powrotu Sephirotha i prosi Clouda o pomoc. Ten, tradycyjnie pogrążony w samoumartwianiu się, odmawia. Do czasu, gdy w niebezpieczeństwie znajdą się jego bliscy.
Advent Children jest najbardziej efektowną częścią kompilacji, dwugodzinną prezentacją możliwości grafików Square Enix, pełną akcji, pościgów, pojedynków zaprzeczających ziemskiej grawitacji. Jednocześnie pozostaje najsłabsza fabularnie. Po dramatycznej, spektakularnej końcówce gry, w której zginęło kilka kluczowych postaci, Tetsuya Nomura stanął przed dylematem: jak zadowolić wszystkich fanów? W Advent Children następuje więc festiwal powrotów. Niektórzy odnajdują się cudownie wskrzeszeni, inni przemawiają zza grobu, jeszcze inni powstają z martwych. Ta dbałość o zadowolenie klienta oznacza tłok na ekranie i obecność postaci nie zawsze istotnych dla przebiegu fabuły. Wątpię, by fanom to przeszkadzało, ale widzowie stykający się pierwszy raz z uniwersum FFVII mogą poczuć się lekko zagubieni wśród aluzji i odniesień, których nikt nie tłumaczy. Sama fabuła, gdy odrzeć ją z komputerowych fajerwerków, pozostaje całkiem banalna, wręcz rozczarowująca. Mam wrażenie, że gdyby scenariusz pisał spec od filmów, nie od gier, dużo mądrzej wykorzystałby dwie godziny, które oddano by mu do dyspozycji. Może uniknąłby tych pseudofilozoficznych rozważań, zwanych tu dialogami, płynących do naszych uszu w postaci aksamitnych głosów japońskich seiyu. Toshiyuki Morikawę z jego eleganckim, chłodnym barytonem chętnie zatrudniłabym jako spikera w moim osobistym radiu, mogę go słuchać godzinami. Wolałabym jednak, żeby on i pozostali mieli coś do powiedzenia, a nie tylko wypełniali ciszę pomiędzy utworami Nobue Uematsu, muzycznego weterana sagi. Ścieżka dźwiękowa pozostaje jednym z najbardziej udanych elementów filmu, zaś nowe aranżacje klasycznych tematów z gry przywołują miłe wspomnienia.
Advent Children jest przede wszystkim opowieścią o Cloudzie, jego nieudanych próbach pogodzenia się z przeszłością i uzyskania wybaczenia od przyjaciół, których nie zdołał uratować. Wersja reżyserska, Complete, rozszerza dodatkowo wątek Denzela, chłopca chorego na geostygmę. Pierwotnie film potraktował go dość marginalnie, teraz Denzel został pełnoprawnym bohaterem, a lwia część nowych scen przypada właśnie jemu. Zadowoleni będą też fani Turks, Reno i Rude, którzy kradną cały show, równoważąc dość melancholijny nastrój przednią dawką humoru. Widzów czeka też kilka innych nowości. Na twarzach postaci w trakcie walki pojawia się brud i otarcia, a nawet krew, element dotychczas nieobecny.
Jednej rzeczy z pewnością Advent Children nie brakuje. Masy seksownych cyfrowych facetów o delikatnych rysach twarzy, nieskazitelnej cerze i rzęsach długich jak z reklamy Maybelline. Final Fantasy słynie z androgenicznych postaci, przewijających się przez ekran w różnych wariacjach. Może się to wydawać japońską fanaberią, lecz wystarczy przypomnieć sobie, jak głęboko w naszej kulturze tkwią postacie pięknych, skrzydlatych młodzieńców. Sam Sephiroth to zjaponizowana, popkulturowa wersja Lucyfera, który podobnie jak jego odpowiednik buntuje się przeciwko swemu Stwórcy (korporacja Shinra, kanji 神 [shin] oznacza ‘istotę boską’). Nadmiar cyfrowego piękna filmowi nie szkodzi, wręcz przeciwnie, pomaga odwrócić uwagę od innych niedoskonałości. Przez to oglądanie Advent Children jest mimo wszystko przyjemnym zajęciem, choć ździebko pustym.
Pozostaje pytanie, czy lifting przyniósł oczekiwany skutek. Owszem, produkcja wygląda jeszcze lepiej, a nowe sceny zapełniają kilka istotnych luk w fabule. Jednakże, mimo wprowadzonych zmian, Advent Children pozostaje wyłącznie prezentem od twórców dla fanów, miłym dla oka i serca, ale dość kosztownym.

czwartek, 02 lipca 2009, almaaghra
Tagi: Japonia

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: , *.tvk.torun.pl
2009/07/31 23:33:33
Pamiętam, gdy lata świetlne temu marudkowałem Ci na fabułę Advent Children, no i co za tym szło na sam film :) Kilka miesięcy temu "zaliczyłem" FF7: Crisis Core (genialna, ale jakże smutna w końcówce...), dzięki czemu można powiedzieć, że wreszcie zakumałem o co chodzi w tej opowiastce (i nawet nieco polubiłem Sephirotha hehe). Z tym bagażem doświadczeń powrót do AC był niemal odkrywaniem dziewiczego, fascynującego terenu. Z racji wspomnianego CC, największą przyjemnością stanowił dla mnie widok Zacka i Aeris :D
Z chęcią bym obejrzał wersję rozszerzoną na BD :)
Rafał
-
almaaghra
2009/08/01 21:07:03
Witam. Kopę lat...:)
W CC niestety nie grałam (zazdroszczę!), chociaż z całej masy spoilerów krążących w sieci wywnioskowałam, że sam pomysł jest się dużo lepszy niż w przypadku AC. Tylko postać Genesisa wydała mi się strasznie wkurzająca.

Pozdrawiam:)
-
Gość: , *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2010/01/14 17:14:56
Mam zamiar zagrać w CC, ale na razie nie mam nawet PSP xD
Co do fabuły filmu, owszem zbyt "prosta" jak na serię FF7, lecz nowe postacie: srebrnowłosa trójka mnie oczarowała; charakter wredny i dziecinny, ale zanimowane genialnie.
A Genesis z CC, bez obrazy, uważam za jedną z najbardziej inspirujących postaci z FF7.

Pozdrawiam :*


CinemaAsia na Twitter

Kontakt: cinemaasiablog@gmail.com