Kino plus konteksty
Blog > Komentarze do wpisu
"The Machine Girl" - recenzja

Nie ma szaleństwa, którego Japończycy nie byliby w stanie uwiecznić na taśmie filmowej. Taki wniosek można wysnuć po obejrzeniu „The Machine Girl”, przesiąkniętej krwawym absurdem produkcji Noboru Iguchiego, który zasłynął swego czasu ekranizacją mangi Go Nagai „Sukeban Boy”. Po zmierzeniu się z półtoragodzinną dawką nonsensu, humoru i radosnej jatki, wychodzi na to, że film nie jest tak głupi, jakby się mogło wydawać, chociaż do poziomu kina „kultowego” sporo mu brakuje.

Ami Hyuga i jej brat Yu są sierotami. Ich rodzice, oskarżeni o morderstwo, popełnili samobójstwo. Ami stara się opiekować młodszym bratem, ale nie wie, że chłopak ma poważne kłopoty. Na cel wziął go szkolny gang dowodzony przez potomka rodu yakuza, Sho Kimurę. Gdy Yu i jego przyjaciel próbują stawiać opór, zostają zamordowani. Pogrążona w smutku Ami odnajduje notatnik brata, który przed śmiercią spisał nazwiska prześladowców. Szybkie, lecz brutalne śledztwo i Ami trafia do posiadłości rodu Kimura, próbując zabić Sho. Nie odnosi sukcesu. Zostaje schwytana, torturowana i na koniec pozbawiona ręki. Udaje się jej uciec i dotrzeć do warsztatu prowadzonego przez rodziców zmarłego przyjaciela Yu. Mimo okazywanej jej początkowo niechęci, Ami zawiązuje sojusz z wojowniczą Miki, matką zabitego chłopaka. W dokonaniu krwawej zemsty ma jej pomóc potężny wielolufowy karabin zamontowany zamiast protezy na kikucie ręki. Nie mając już nic do stracenia, wyrusza na samobójczą misję przeciwko mordercom jej brata.

The Machine Girl

„The Machine Girl” to specyficzna produkcja, której oglądanie może sprawić sporo frajdy pod warunkiem, że podchodzi się do niej z dużym dystansem. Iguchi nie jest wprawdzie reżyserem pokroju Miike, ale dzieli z nim humorystyczne podejście do tematu. Stąd mimo krwawej sieczki, odcinania kończyn, podrzynania gardeł, człowiek ze wstydem zauważa, że go to bawi. Przemoc jest groteskowa, efekty nie najlepszej jakości, zaś logiki wszelkiej brak. Dlatego cały film można traktować równie serio jak przebieranki na Halloween. Ale to dobrze, żartobliwa otoczka czyni „The Machine Girl” znośniejszym, a w porównaniu z „Tokyo Gore Police” lub „Meatball Machine” nawet lekkostrawnym.

Film Iguchiego łączy w sobie najbardziej rozpoznawalne elementy japońskiej popkultury, które bez trudu skojarzy każdy średnio zainteresowany amator produkcji z Kraju Kwitnącej Wiśni. Znajdziemy wśród nich klan yakuza hołdujący tradycji ninja, odzianą w mundurek licealistkę uzbrojoną w potężną giwerę, gang Super-Żałobników wyciągnięty żywcem z produkcji super sentai, a nawet kilka soczystych ujęć białych dziewczęcych majtek. Jakby tego było mało, reżyser puszcza oko i do zachodniej widowni. Na ekranie pojawia się piła mechaniczna, nabita gwoździami głowa yakuzy (nowa wersja Pinheada?) i maska kojarząca się Hannibalem Lecterem. Nie powinno to dziwić. Ekstremalne kino z Japonii ma spore branie za Oceanem, a twórcy „The Machine Girl” znaleźli mecenasa w postaci amerykańskiego dystrybutora horrorów klasy B Fever Dreams, który chętnie zaangażował się we współfinansowanie kilku japońskich produkcji. Za zielone banknoty film nakręcił Yoji Shimomura (Death Trance), a po nim Yoshihiro Nishimura (Tokyo Gore Police). Biorąc pod uwagę chałupniczy styl „The Machine Girl”, pieniędzy nie było dużo, ale starczyło na radosną zabawę makabrą, coś co Japończycy potrafią jak żadna inna nacja na świecie.

The Machine Girl

Film spotkał się z ciepłym przyjęciem w kręgu zachodnich fanów makabry. Żadna niespodzianka, skoro został skrojony pod ich oczekiwania. Obowiązkowa krwawa fiesta z kilkoma zaskakującymi nowinkami gastronomicznymi (przepis na oryginalne sushi), ostre narzędzia w akcji i ładne dziewczyny wzięte z branży erotycznej. Te ostatnie na szczęście pozostają w ubraniach, bo w liczy się przede wszystkim jatka. Dzięki temu widzowie nie odnoszą wrażenia, że brak pomysłu reżyser ratuje golizną. Zamiast niej przez 96 minut doświadczamy kiczu w czystej postaci. O grze aktorskiej lepiej nie wspominać, scenariusz był chyba pisany na ostrym kacu. Kto oczekiwał czego innego, niech sobie da spokój.

Promocja „The Machine Girl” opierała się na pojęciu „kultowy”, zdewaluowanym od czasu, gdy stało się synonimem słowa „znany”. Do uzyskania tego statusu trzeba o wiele więcej niż hektolitrów krwi i seksownych dziewczyn. Potrzeba wizji, a także gotowości do pójścia po bandzie. Obraz Iguchiego nie osiąga ekstremum. Widziałam projekty dużo bardziej szalone, kreatywne i brutalne. Dlatego „The Machine Girl” lepiej traktować jako pastisz, w którym nie liczą się sens fabuły i aktorskie talenty, lecz ogólna frajda. Film do strawienia, gdy się ma dostatecznie skrzywione poczucie humoru.

poniedziałek, 22 czerwca 2009, almaaghra
Tagi: horror Japonia

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:


CinemaAsia na Twitter

Kontakt: cinemaasiablog@gmail.com