Kino plus konteksty
Blog > Komentarze do wpisu
"Władcy wojny" - recenzja
Warlords PosterWładcy wojny, Tau Ming Chong, The Warlords
Chiny/Hongkong 2007
Reżyseria: Peter Chan
Obsada: Jet Li, Andy Lau, Takeshi Kaneshiro, Xu Jinglei, Guo Xiaodong
Dystrybucja: Forum Film Poland
 
Nie ma szczęścia do Polski kino gatunkowe, traktowane przez krytyków jak produkt drugiej kategorii. Wystarczy, że skrobnie się lekceważącą recenzję, służącą głównie samozadowoleniu autora, udowadniającego wszem i wobec, że ma gust bardziej wyrafinowany niż filmowe „masy”. Kino azjatyckie bywa ofiarą tej samej maniery, co najdobitniej pokazuje przykład „Władców wojny”. Po przeczytaniu niektórych recenzji ma się wrażenie, że jakiś dziwoląg nawiedził polskie kina, a nawet wyjątkowy gniot. A ponieważ większość krytyków spotyka się takimi filmami raz na ruski rok, umknęło im, że w zalewie kostiumowych produkcji z Państwa Środka ta prezentuje się jako solidny kawałek kina wojennego, który nie topi widza w morzu baśniowości i romantyzmu, w moim mniemaniu stanowiących prawdziwe przekleństwo gatunku.

Generał Pang (Jet Li) wydobywa się spod sterty ciał. Zdradzony przez podstępnych sojuszników, stracił całą armię, a sam przetrwał w mało honorowy sposób – udając trupa. Straciwszy całą ochotę do życia, snuje się po niebezpiecznych traktach, aż pada nieprzytomny na oczach pewnej wieśniaczki. Kobieta przenosi go do opuszczonego domostwa, gdzie karmi go, pozwala mu się wypłakać, a na koniec spędza z nim noc. Doświadczenie to działa na Panga jak katharsis, ale odegnawszy od siebie ponure myśli, nie ma gdzie się podziać, a na dwór wrócić nie może. Sytuacja rozwiązuje się sama, gdy drogę przetnie mu oddział bandytów dowodzony przez Wu Yanga (Takeshi Kanashiro), młodego watażkę, któremu wpadną w oko generalskie buty. Zamiast łatwego łupu, czeka go niespodzianka, gdyż szybko zostaje obezwładniony przez doświadczonego wojownika. Nie żywiąc urazy, Wu Yang zaprasza go na spotkanie z przywódcą bandy, Er Hu (Andy Lau), którego nazywa starszym bratem. Pang pomaga bandytom w bitwie z żołnierzami, których Er Hu i jego oddział wybijają do nogi, kradnąc żywność, która ma zaspokoić głód całej wioski. Ich radość nie trwa długo, gdyż łup zostaje skonfiskowany przez armię. Widząc załamanie na twarzy wieśniaków, Pang podsuwa im rozwiązanie. Jeśli sami zostaną żołnierzami, otrzymają żołd, żywność i ochronę. Propozycja przechodzi niemal bez dyskusji i żeby zyskać ich zaufanie, Pang zawiera przymierze krwi z Er Hu i Wu Yangiem. Dwójka watażków zbiera niemal wszystkich zdolnych do walki mężczyzn i powierza ich los Pangowi. Ten okazuje się być znakomitym dowódcą, ale wraz z kolejnymi sukcesami rośnie przepaść pomiędzy braćmi krwi. Pang nie tylko wprowadza metody, które budzą sprzeciw Er Hu, ale po cichu romansuje z Lian (Xu Jinglei), jego żoną. Tą samą kobietą, która wcześniej uratowała mu życie.
Warlords Still
Powstanie Tajpingów, podczas którego rozgrywa się akcja filmu, było wyjątkowo krwawym epizodem w historii Chin. W przeciwieństwie do tego, co twierdzą autorzy, nie zrównał się w niechlubnej statystyce z drugą wojną światową, lecz z pewnością dogonił, a nawet przegonił pierwszą. Czternastoletni konflikt poprzedziły frustracje Honga Xiuquan, niedoszłego urzędnika państwowego, który po kolejnym oblanym egzaminie przeszedł załamanie nerwowe. Wtedy też doznał wizji, w których został nowym Mesjaszem oraz młodszym bratem Jezusa. Gdy po latach zaczął pogłębiać chrześcijańską wiarę, utworzył sektę, której celem stało się zbudowanie Królestwa Bożego na ziemi, a do tego celu miało doprowadzić zniszczenie rządzącej Chinami mandżurskiej dynastii Qing. Tajpingom udało się opanować środkowe Chiny, ale wkrótce musieli się zmierzyć z liczną armią cesarską wspomaganą w późniejszym okresie przez europejskich i amerykańskich najemników. W rezultacie zostali pokonani, lecz zapisali się w dziejach jako uczestnicy jednego z najkrwawszych konfliktów w dziejach świata.

Peter Chan, reżyser „Władców wojny”, niezwykle oszczędnie wprowadza widzów w realia epoki. Oprócz pojawiających się aluzji do chrześcijaństwa (naszyjnik z krzyżykiem, opowieść o Jezusie, który rozmnaża chleb), historia ma charakter uniwersalny, dryfując pomiędzy pokazywaniem okrucieństwa wojny i brudu, w jakim tonie polityka, a historią pogmatwanych relacji międzyludzkich, które eskalują w konflikt. To, że wojna nie jest miejscem dla dżentelmenów, wydaje się być truizmem, ale nie pamiętam chińskiej superprodukcji emanującej aż takim pesymizmem. Tymczasem tu pod pręgierzem stają dwa zjawiska, które sprawiają, że ludzie tracą głowy. Wojna i pożądanie.
Warlords Still
W pierwszej części filmu dominuje akcent bratersko-bohaterski z kulminacją w postaci monumentalnej bitwy, zakończonej okrzykami entuzjazmu, łzami wzruszenia i temu podobnymi podniosłymi gestami, które można uznać za typowe w kinie heroicznym, nie tylko azjatyckim, a które pewni recenzenci uważają za przykład wyjątkowego nadmiaru patosu. Moim zdaniem we „Władcach wojny” osiąga on całkiem znośny poziom, głównie dlatego, że akcja szybko przybiera mroczniejsze tony, a w męską przyjaźń wkrada się podwójny konflikt interesów. Obserwujemy więc powolny rozkład zawartego braterstwa, podobno przez kobietę. Wygodna wymówka, ale przy szczątkowym wątku szorstkiego romansu Panga i Lian, łatwiej przyjąć, że panów raczej zgubiła rywalizacja i polityka. Ale to pozostawiam ocenie każdego z widzów.

Kilka ciepłych słów należy się Jetowi Li. Jak na aktora o dość wąskiej specjalizacji, nieźle poradził sobie w roli, która pozbawiła go na ekranie największego atutu – kung fu. Paradoksalnie Li zrobił jeden z najlepszych filmów w karierze (z pewnością najlepszy, jaki widziałam), skupiając się na portretowaniu niejednoznacznej postaci, jaką jest Pang. Można oczywiście narzekać, że nie gra jak Tony Leung, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie siliłby się na takie porównania. Li zagrał lepiej niż można się było spodziewać i usunął w cień zarówno Andy’ego Lau jak i Takeshiego Kaneshiro, wobec których można było mieć większe oczekiwania.
Warlords Still
„Władcy wojny” to film zrealizowany z rozmachem, pełen efektownych ujęć, spełniający co do joty wymogi kina rozrywkowego, którym z założenia jest. W dodatku próbuje wyjść poza stereotyp i zamiast raczyć widza wizją wojny jako przygody lub starcia wypielęgnowanych herosów, nurza swych bohaterów w brudzie, dosłownie i w przenośni, nie pozostawiając widzowi nawet szczypty optymizmu. To miła odmiana po cukierkowych romansach, w których chyba chodzi wyłącznie o to, by nie psuć widzom humoru.
niedziela, 24 maja 2009, almaaghra

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2009/05/24 23:39:40
Obejrzałam to wczoraj w kinie. Jestem pod wrażeniem tego filmu. Ale nie mogę zdzierżyć generała Panga. I nie mogę przeżyć tego, ze w tym filmie tak mało cierpiał przy końcu. I przestał oddychać tak szybko. Takiemu mordercy należała się dłuuuuga śmierć. Ale cały film naprawdę zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Polecam
-
ihei
2009/05/26 00:25:26
Fakt, że w ogóle doszło do dystrybucji rzeczonego filmu w Polsce jest naturalnie moją zasługą. Wykopałem go jakiś rok temu, zupełnie przypadkiem, kiedy szukałem filmów o Bitwie Czerwonych Wzgórz (czy jak kto chce sobie to tłumaczyć). Zachwyciłem się nim momentalnie, ponieważ jest eklektyczny pod względem gatunkowym i czerpie z wzorców kinematografii Amerykańskiej i Japońskiej. Na wyróżnienie zasługuje zwłaszcza znakomita rola Jeta Li, który ewidentnie ma większe ambicje niż bycie kolejnym Bojowym Przygłupem zachodniego kina. I tak opowiadałem, rozpowiadałem, zachęcałem rodzinę i znajomych, żeby doszukiwali się w wypożyczalniach i wreszcie...

W najbliższym czasie opublikujemy u siebie kontr-recenzję, w której podejmiemy nieco inne wątki niż w tej powyżej. Polecam i pozdrawiam.


CinemaAsia na Twitter

Kontakt: cinemaasiablog@gmail.com