Kino plus konteksty
Blog > Komentarze do wpisu
"Bangkok Dangerous" - recenzja dvd
Bangkok Dangerous Poster
Bangkok Dangerous, Bangkok - Ostatnie zlecenie
Tajlandia 1999
Reżyseria: Oxide Pang, Danny Pang
Obsada: Pawalit Mongkolpisit, Pisek Intrakanchit, Patharawarin Timkul, Premsinee Ratanasopha, Korkiate Limpapat 
Dystrybucja: Mayfly
 
Niektóre filmy czeka długa droga zanim wreszcie pojawia się w Polsce, nawet jeśli stoją za nimi reżyserzy, których nazwiska zna każdy fan kina z Azji. Tak było z „Grą wstępną” Takashiego Miike, „Infernal Affairs” Alana Maka i Andrew Lau, nie inaczej jest z filmami braci Pang, „Okiem” i recenzowanym tu „Bangkok Dangerous”, po wielu latach trafiającymi na polski rynek jako część serii „Asia Extreme” razem z wejściem do kin ich amerykańskich remaków.

Nakręcony w 1999 roku „Bangkok Dangerous” to dla braci Pang film wyjątkowy, pierwszy wspólny projekt w ich dziesięcioletniej reżyserskiej karierze. Potem bywało już różnie, od przełomowego „Oka” po nieudany amerykański debiut „The Messengers”. Bracia kręcili wspólnie i osobno (tu lepiej się wiodło starszemu z bliźniaków, Oxide’owi), umiejętnie wykorzystując kontakty w dwóch dużych ośrodkach filmowych, w Hongkongu i Bangkoku. Ich wspólna kariera zaczęła jednak przypominać równię pochyłą, stworzywszy znakomite „Oko”, zyskali przychylność krytyki, która malała z każdym kolejnym projektem. Jeżeli „Oko” uznać za najlepszy film w ich dorobku, to „Bangkok Dangerous” plasuje się tuż za nim, tworząc romantyczny, lecz nie pozbawiony mroczniejszych akcentów obraz tajskiego półświatka, w którym niebezpieczni zabójcy w przerwach pomiędzy zleceniami tęsknią za odrobiną uczucia.  
Bangkok Dangerous Still
 
Głuchoniemy Kong jest płatnym zabójcą, wykonującym zlecenia na ulicach Bangkoku, a czasem i poza nim. Do branży trafił dzięki Joe, który wypatrzył go na jednej ze strzelnic i wprowadził w arkana zawodu. Niepozorny Kong w niczym nie przypomina gangstera i początkowo nie wzbudza podejrzeń pracującej w aptece Fon, z którą się umawia. Idylla trwa bardzo krótko. Była dziewczyna Joe, Aom, zostaje zgwałcona przez powiązanego z półświatkiem boksera. Joe nie może tego puścić płazem i wkrótce pakuje się w kłopoty. Kong zaś dostaje felerne zlecenie, które stawia na nogi całą policję.

Archetyp bandziora, w którym budzi się sumienie, jest tak stary, jak stare są filmy o gangsterach. Kong, a także Joe, to jego kolejne inkarnacje. Pałają się co prawda brudną robotą i nie zawsze zabijają tylko złych ludzi. Są jednak bardzo ludzcy, mający marzenia i słabe punkty. Joe nie potrafi uporządkować swojego życia osobistego. Kong próbuje jakieś zacząć, łudząc się, że może zbudować je na kłamstwie. Nie żyją w luksusie, nie mają nawet samochodu. Ot, byliby to przeciętni faceci, gdyby nie jeden szczegół. Potrafią zabójczo celnie strzelać.
Bangkok Dangerous Still

W „Bangkok Dangerous” bracia Pang powierzyli cztery główne role debiutantom. Na tym tle wyróżnia się Pawalit Mongkolpisit, którego Kong ma w sobie cząstkę niewinności i bezradności, wzbudzających u widza natychmiastową sympatię. Ani on ani Joe nie są typami, którzy potrafią kontrolować otoczenie, to raczej narzędzia, palce naciskające spust. Oczywiście, jeśli nadepnie się im na odcisk, potrafią ugryźć, ale tego właśnie oczekuje od nich widownia. W końcu „nasz” bohater nie może pozostać obojętny, gdy któryś z tych bardzo złych i obleśnych typów napastuje jego kobietę. I dlatego zgodnie z rycerskim, tfu, bandyckim kodeksem bierze spluwę i idzie wyrównać rachunki.  

Fabularnie film obraca się więc w znajomych klimatach, przeskakując pomiędzy kapitalnie sfilmowanymi scenami akcji (podobał mi się pomysł z dziewczynką naśladującą Konga w jednej z początkowych scen), licznymi retrospekcjami i opowieścią o kiełkującym uczuciu Konga do Fon, przywodzącym na myśl koreański romans „Daisy”. W tym reżyserowanym, o dziwo, przez twórcę trylogii „Infernal Affairs” melodramacie pewien płatny zabójca zapałał miłością do artystki i posyłał jej stokrotki. Na szczęście „Bangkok Dangerous” nie osiąga równie niedorzecznego poziomu romantycznej fantazji, choć momentami zbliża się do niej niebezpiecznie blisko (kolacja z babcią).
Bangkok Dangerous Still

Tak naprawdę sukces obrazu (nagroda krytyków na festiwalu w Toronto) tkwi w jego wizualnej stronie. „Bangkok Dangerous” to film efektowny, niektórzy nawet twierdzą, że efekciarski. Bracia Pang postawili na rozmaite sztuczki operatorskie i przede wszystkim kapitalny montaż. Trudno się dziwić, skoro Danny to wzięty montażysta, który swoją przygodę na tym polu rozpoczął od słynnego „The Storm Riders” (1998), przy którego sequelu właśnie pracuje wraz z bratem. Z kolei za zdjęcia odpowiadał kolejny debiutant, a później wieloletni współpracownik braci Pang Decha Srimantra, ostatnio widziany na planie „Chocolate””. Srimantra pokazał Bangkok jako miejsce niezwykłe, ale i niebezpieczne, pulsujące życiem, które nie zamiera w nocy. Piękniejsza stolica Tajlandii była tylko w obiektywie kamery Tiwy Moeithaisonga w „Bangkok Love Story”, notabene z kolejnym zakochanym zabójcą w fabule. Tyle, że tam był romans innego rodzaju.

Debiutancki obraz braci Pang jest obrazem atrakcyjnym, choć zlepionym ze znanych klisz. Należącym już do kanonu azjatyckiego kina gatunkowego, ale nie mającym aż tyle impetu, by przyciągać nowych fanów. Stworzony w doskonałym momencie, „Bangkok Dangerous” unosił się na fali powracającej fascynacji azjatyckim filmem na świecie, zdobywając serca krytyków i publiczności, zachwycających się produkcjami „made in Asia”. Po latach rozczarowań i w oczekiwaniu na kolejny przypływ formy reżyserskiego tandemu, warto przypomnieć sobie, że bracia Pang kręcili wspólnie niezłe filmy i to z gatunku takich, jakich w Tajlandii już się nie robi.
piątek, 30 stycznia 2009, almaaghra

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:


CinemaAsia na Twitter

Kontakt: cinemaasiablog@gmail.com