Kino plus konteksty
Blog > Komentarze do wpisu
Policjanci z Hongkongu - recenzja dvd

Okładka Policjanci z Hongkongu, Shuang xiong, Heroic Duo

Hongkong 2003

Reżyseria: Benny Chan

Obsada: Ekin Cheng, Leon Lai, Francis Ng, Karena Lam, Anson Leung

Filmy z Hongkongu zdołały w Polsce wyrobić sobie pewną markę. Odpowiada za to m. in. znakomita seria „Infernal Affairs", którą każdy szanujący się fan kina azjatyckiego powinien mieć w swojej kolekcji. Niestety, wiele innych produkcji zasługujących na sprowadzenie do naszego kraju, nie cieszy się zainteresowaniem dystrybutorów (choćby świetne „Exiled", które właśnie wchodzi do kin w Wielkiej Brytanii). W zamian dostajemy tanie dvd z przeciętniakami w rodzaju „Policjantów z Hongkongu".

Historia opowiedziana w tym filmie nie należy do specjalnie skomplikowanych. W dodatku robi się przewidywalna i momentami mało sensowna. Najbardziej mylący jest polski tytuł. Nie dość, że można nim obdarzyć kilkadziesiąt tamtejszych produkcji, to w dodatku nijak ma się do fabuły. Nie będę jej szczegółowo opisywać na wypadek, gdyby ktoś jednak chciał „Policjantów..." obejrzeć, choćby z nudy. Mogłabym zepsuć zabawę, bo na zaskakujące zwroty akcji nie ma co liczyć.

Odsiadujący wyrok za zabójstwo specjalista od hipnozy, Jack Lai, zostaje poproszony o pomoc w śledztwie, dotyczącym kradzieży dokumentów z sejfu na komisariacie policji. Dochodzenie prowadzi Ken Lee, przeciętny Ekin Cheng, i to początkowo na nim koncentruje się akcja. Z biegiem czasu zostaje sprowadzony do roli pomagiera i bardzo dobrze, bo Leon Lai gra o niebo lepiej. W tle mamy zakochaną w Kenie policjantkę, w bardzo słabym wątku Karena Lam, i nieznośnie nadpobudliwego dowódcę konkurencyjnego oddziału. Reszta funkcjonariuszy rozmywa się w tle. Dla równowagi istnieje też czarny charakter. Tylko jeden, za to najcięższego kalibru.

Francis Ng grywał już szefów triady, płatnych zabójców i ochroniarzy. Kreował ich na ludzi nietuzinkowych bez wymachiwania wielką giwerą czy kultowych one-linerów. Jego bohaterów cechowała charyzma i inteligencja. Byli twardzi, kiedy trzeba, ludzcy, kiedy było można. Niestety, w „Policjantach..." marnuje się w jednowymiarowej roli, którą mógłby dostać ktoś znacznie mniejszego kalibru. Co prawda Ng nie schodzi poniżej pewnego poziomu, aktorom tej klasy to się raczej nie zdarza, ale zasługuje na coś lepszego niż kreacja zwykłego bandziora.

Jeżeli do tej pory nie zniechęciła was ta recenzja i zdecydujecie się na zakup, zwróćcie uwagę na pudełko. W opisie czytamy: „Jack, najlepszy policjant oddziału specjalnego...", jak zdążyliście się zorientować, policjant ma na imię Ken, Jack to hipnotyzer. Nie chciałabym sugerować, że ktoś nie wiedział, co pisze, każdy w końcu może się pomylić, ale dlaczego nikt tego nie zauważył? Dalej, „połączenie Szóstego zmysłu i Podejrzanych". Rozumiem, że przy azjatyckich filmach, które są szerszej publiczności nieznane, można kusić reklamą w stylu „połączenie Matrixa i Kill Billa", ale bez przesady. Nie wiem, jakim cudem recenzentowi „Policjanci..." skojarzyli się z filmem Shyamalana, ale znowu ktoś to bezmyślnie skopiował. Dodatków się nie spodziewajcie (a czego oczekiwaliście za 20 zł?).

IDG szanuję za oba sezony „Ghost in the Shell", za cudowny prezent w postaci kolekcjonerskiego wydania „Battle Royale" i nawet za serię „Przeboje kina Azji", w której zdarzyło się kilka perełek. Ale teraz odstawili lipę i z bólem serca muszę ją wytknąć. Co też czynię.

środa, 13 czerwca 2007, almaaghra

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:


CinemaAsia na Twitter

Kontakt: cinemaasiablog@gmail.com